Strona 1 z 7 1 2 3 4 5 6 7 OstatniOstatni
Pokaż wyniki od 1 do 10 z 64

Wątek: Buntowniczo

  1. #1
    Zbanowany
    Na forum od
    03.2018
    Postów
    61

    Domyślnie Buntowniczo

    W tak zwanej (cynicznie przez media i polityków) "pandemicznej nowej rzeczywistości" (która jest zwykłym terrorem wprowadzanym powoli lecz skutecznie przez "władców" tego świata, zresztą z dużym przyzwoleniem sporej części nieświadomego nadciągającej katastrofy społeczeństwa) Rumunia jawiła się jednym z niewielu pozostałych ochłapów wolności. Ponieważ wszelkie wschodnie kierunki zostały dla mnie zablokowane (nie sprzedam swojej wewnętrznej wolności dla pozorów wolności zewnętrznej w postaci "przepustek" do "normalności"), a kierunki zachodnie mnie nie interesują ze względu na tamtejszy cug w śmietnik cywilizacji komfortu, pozostało skorzystać z tego, co dostępne bez ugięcia się wprowadzanemu zamordyzmowi. Co prawda karpackie przestrzenie są kroplą wody przy oceanie bezkresów stepów Kazachstanu czy pustkowi Pamiru, ale jak nie ma co się lubi, to się lubi co się ma - i też może być pięknie, tylko trzeba tak zaprojektować sobie trasę, by ominąć cepeliozę, skupiska turystyki masowej oraz galerie handlowe.

    Nie będę opisywał poniższych miejsc koordynatami czy nazwami pozwalającymi na dokładną identyfikację - zbyt dużo spotkałem cwaniaków typu "wyślij mi traka na gps-a". Odrobina wysiłku włożona w wertowanie map, dostępnej literatury, już nie wspominając o nieograniczonych zasobach sieci (tu chyba na nieszczęście) jeszcze nigdy nie nikomu zaszkodziła przy podwalinach projektowanych wakacji. Czemu tak? Ano chciałbym w przyszłości znajdować jeszcze miejsca spokojne, gdzie nie zwali mi się dziki tłum z całym pakietem jego negatywnych cech i durnych zachowań. Wiele miejsc kiedyś zupełnie dzikich po spopularyzowaniu stało się makabreską wspomnianej wyżej cepeliozy. Kto będzie chciał i potrafił, znajdzie w poniższym coś dla siebie, reszta internetowych podglądaczy, zbyt leniwa na własne pomysły na życie - sorry, niech się wali.

    Zwykły weekendowy spacer po lesie też bywa fajny, ale w dłuższej perspektywie to ersatz, surogat - człowiekowi do życia potrzebne jest długie przybywanie w samotności, by dostrzec coś więcej niż tylko kilka pobieżnych widoków.Niekoniecznie samotność oznacza przebywanie w pojedynkę - można milczeć w małym gronie bliskich osób wpatrując się w ciepłe światło ogniska, to łączy, w przeciwieństwie do wertowania tzw. mediów społecznościowych na smyranym telefoniku. Kto raz poczuł słony smak pyłu pustyni w ustach, nie umie zadowolić się piaskiem plaży miejskiej. To co się teraz dzieje, to ogólnoświatowe kneblowanie naszej godności, zakładanie kajdanów i jarzma, to iście dzieło Złego, tym chce nas odciągnąć od zatrzymania się nad sprawami wyższego rzędu. Kajdanów zarówno tych pandemiczno-paszportowych, jak i tych kredytowo-finasowych. Człowiek zajęty przez całe życie spłacaniem kredytu nie ma czasu na buntownicze myślenie o wolności i godności, może się co najwyżej frustrować i wkurwiać. Abraham poczuł obecność Boga przebywając latami na pustyni. Tak to widzę.

    Poszedłem w takie być może zbyt ckliwe tony, ale - tak, kurwa! - chcę wzniecać w Was bunt przeciw temu wielkiemu kłamstwu, które nas ogarnia i zniewala. Chcę, żebyście nie zapomnieli, że jesteście ludźmi, którzy urodzili się wolni - i takimi pozostańcie. Bo jak nas całkiem zamkną, to spacer po parku miejskim będzie się nam wydawał szczytowym osiągnięciem życia. Mieliśmy tego przedsmak wiosną poprzedniego roku - zamknięte lasy.

    Poniżej będzie więc tylko trochę obrazków jako wyraz tęsknoty za traconą z tygodnia na tydzień wolnością oraz jako swego rodzaju prowokacja do własnych poszukiwań wolności; komentarz do nich ograniczam do minimum.
    Tak więc w tym roku były tylko dwie krótkie Rumunie - każdy wyjazd trwał niespełna dwa tygodnie, podczas których machnąłem pętle ok. 1000-1500km każda, nie licząc dojazdu. Jedną ekskursję odbyłem w towarzystwie mojej pani, drugą w kompanii dwóch takich starych wariatów jak ja (jeden pewnie się odezwie, jak znam życie). Za każdym razem idealne dopasowanie, w tym pierwszym przypadku od wielu lat.

    Ruszamy. Część pierwsza.


    Początki gdzieś na wsiach za Oradeą.


    Miejscowa - jak ja to nazywam w przypadku zdjęć, które robimy sobie wspólnie, choć rzadko, z żoną - para roku.


    Codzienna higiena i zaopatrywanie się w wodę - w czasach sanitaryzmu mycie w potoku, przy studni z żurawiem czy wodopoju dla owiec jawi się ekstrawagancją. U nas na wyjazdach to jednakże standard od wielu lat. I żyjemy - nie zeżarły nas żadne bakterie czy wirusy.


    Takich jam Rumunia ma mnóstwo - ten kraj to raj dla szambonurów (grotołazów).


    Typowy obrazek z trasy.


    Para roku - pozycja 654945 (numer losowy, jako że z rzeczywistości mało mamy "selfików").


    Konie tabunami luzem - niczym w Kirgizji.


    Aro in blue. Aro to taki rumuński Gazik.


    "Ja tu mieszkam i co mi zrobisz".


    Znana i spora jama - Cetatile Poronolui. Choć dość popularna i tłumnie odwiedzana, to udało mi się mieć ją ino dla siebie, bo wokół lało i grzmiało. Zostawiwszy kobitę na jakąś godzinę w puszce Faradaya pobiegłem przez las, żeby spędzić parę chwil w samotności jamy. Potężna - ponad 70 metrów prześwitu, a do tego jeszcze to, co dostępne tylko dla speleologów.


    Krasowe jeziorko.


    Przed śniadaniem takie widoki.


    Całe pasma z osadami ciągle żyjącymi niemal jak w XIX wieku.


    W większości chat nikogo, ale są i takie, gdzie ludziska wciąż mieszkają. Z tyłu potężna zlewa.


    Garda de Sus, ostatnio byłem tu 13 lat nazad. Niedaleko znajduje się Scarisoara, jama lodowa, przy której obecnie jest centrum turystyki i cepeliady, parkingi osobno dla osobówek, osobno dla camperów, osobno dla motocykli - tutaj przeważają "giejesiarze z Dojczlandu" ("giejes" to BMW GS - rodzaj gadżetu oznaczającego wysoki status finansowy właściciela). Wówczas dojazd do Scarisoary odbywał się kamienistą drogą i trwał trzy kwadranse, był czas na oglądanie wiejskiej sielanki, a w jaskini bylismy sami. Teraz trzeba patrzeć na drogę, żeby nie stuknąć się z autokarem jadącym z naprzeciwka, a do jaskini... nawet nie zatrzymaliśmy się, taki tłum. Uroki asfaltowej cywilizacji.


    W Garda de Sus mają w niedzielę targ: od ziemniaków i osełek po kapelusze i obrazki z niedźwiedziem na rykowisku. Fajne to. A w niedzielę, bo przy okazji peregrynacji do cerkwii. Jak się mieszka w górach, to nie można se pozwolić na wyjazd do Biedry na codzień. Tam niedzielne zakupy to konieczność, u nas - kwestia nudy weekendowej i mody na shopping (ino nikt nie pomyśli o dziewczynach, które muszą spędzać czas w robocie, bo komuś sie nie chce zrobić zakupów w tygodniu).

    Niestety do powyższego muszę dodać, że Rumunia też się zmienia na gorsze.
    Przydkład z okolic Gardy - stan obecny (i na drodze, z której zrobiłem to zdjęcie jest asfalt):


    A tak było 13 lat nazad (i droga siutrowa):


    I czemu ludzie dążą do pozornej wygody metalowych krat kosztem spaprania tego co piękne...

    Będę dzielił na odcinki, bo system forum trzyma ograniczenia.
    Tak więc cdn.

  2. #2
    Zbanowany
    Na forum od
    03.2018
    Postów
    61

    Domyślnie Odp: Buntowniczo

    Wszędobylskie kamery, tabliczki z zakazami/nakazami (ostatnio obowiązkowe na każdym sklepie - typu "noś maskę, zachowuj dystans"), metalowe kraty, plastikowe karty (tutaj zabawmy się w językową żonglerkę - zauważcie, że "karta" to anagram od "krata"), smyrane telefoniki z aplikacjami do śledzenia co właśnie właściciel robi, kupuje czy gdzie przebywa, to jednakowe narzędzia zniewolenia. Niszczą indywidualizm wtłaczając człowieka w powtarzalność cyfrową. Nie tylko odbierają mu prywatność, ale wciskają w iście więzienny system (zerknijcie jak działa chiński system rozpoznawania już nie tylko twarzy - ze względu na maski, Chińczycy opracowali technologię rozpoznawania po sposobie poruszania się obiektów, coś jak mobilny odcisk palca - tutaj przykładowy link: https://www.youtube.com/watch?v=aE1kA0Jy0Xg ).

    Jeśli już jesteśmy przy zdjęciach architektury wiosek rodem z XIX wieku - podobnie jest w deweloperce: prymitywnemu pięknu czegoś, co my nazywamy skansenem czy zabytkiem, a co w istocie jest prawdziwym materiałem życia (u nas choćby chyże pełne indywidualnego architektonicznego ducha; stąd taka popularność ich restauracji) hurtowo przeciwstawia się powtarzalną nowoczesność betonozy, szkła, plastiku i stali, wciskając jej mieszkańców w pudełka do spania i srania (vide patodeweloperskie blokowiska, nie wspominając już o tzw. "hotelach kapsułowych" - w istocie celach dla więźniów korporacji). Zerknijmy na współczesne rynki miast i miasteczek. Kiedyś ocienione drzewami, tętniące życiem, dziś "zrewitalizowane" (piękny przykład na propagandowe słowo-wytrych) - puste i martwe. To zjawisko również ma podłoże w mechanice władzy. Rynek (starożytna agora) to miejsce, w którym można się było spotkać, pogadać na ławce w cieniu drzewa - miejsce potencjalnie grożące sojuszami przeciw władzy, na agorze zrodziła się starożytna demokracja. Dzisiejszy tzw. "dystans społeczny" niewiele się różni od zakazu zgromadzeń z czasów komuny.

    Na szczęście są jeszcze miejsca nie zepsute przez Złego, gdzie człowiek podaje drugiemu rękę bez obawy, że to niehigieniczne, gdzie nie oglądasz się w poszukiwaniu kamery, żeby się wysikać, gdzie możesz spokojnie zapalić wieczorne ognisko i zagrzać na nim posiłek bez obawy, że usłużny "sygnalista" zadzwoni po służby, bo jesteś emitentem nadmiernej ilości CO2.


    I znów mamy XIX wiek. Coś pięknego - bez żadnej kpiny. Swojski zapach krowiego łajna przypomina dziecięce lata, gdy beztrosko biegaliśmy po polach i łąkach bawiąc się patykami, a nie osamotnieni (uwaga: nie mylić osamotnienia jako opuszczenia z samotnością jako wyborem) ślipiąc nad smartfonami z wirtualną rzeczywistością - a w istocie zwykłym oszustwem.


    Takie miejsce teoretycznie powinno być na liście UNESCO, ale dzięki temu, że nie jest, to w środku ino miejscowi i my.


    Krzesełko na wyłączność.


    I nawet popina się niespecjalnie wystroił na sumę. Całkowicie wśród samych swoich.


    W kopalni trawertynu.


    Gdzieś po drodze w lesie takie rumowiska.


    Normalnie Kirgizja, ino chałupy zamiast jurt.


    Para roku - pozycja 75462.


    Nocka idzie, a tam to księżyc to, nie słońce.


    Wąwóz jeden taki, cepeliada będzie zaś, bo już wycieczki pielgrzymują.


    Jama Boli - tu już jest cepeliada, ale czasem i cepeliadę warto obejrzeć. Wpuścili nas za frajer, bośmy już Lei nie posiadali. W środku na ścianach kopie z francuskiego Lascaux, kiedyś tu jakieś filmy kręcili o tymże.


    Zakamary jamy Boli.


    No - Kirgistan jak nic.


    A tu dla odmiany skok w inną czasoprzestrzeń - Pieniny.


    Osioł i lodowce.


    Azaliż to azalie? Ależ tak. Całe zbocza w azaliach.


    Jak mawia pewien mój kumpel: "A co to za wyjazd, jak sie nic nie spierdoli". Wahacz odkręcony kręce nazad.


    Większość jezior w rumuńskich Karpatach to sztuczne zbiorniki zalewowe.


    A tu nam w nocy waliło piorunami aż miło, z pewnością bliżej niż 300m, bo nawet sekundy od błysku do grzmotu nie było. Fajna burza. Fajna jak śpisz w klatce Faradaya. Ognisko na szczęście jeszcze przed burzą zrobiliśmy.

  3. #3
    Zbanowany
    Na forum od
    03.2018
    Postów
    61

    Domyślnie Odp: Buntowniczo

    Po poprzednim wyjeździe niedosyt pewien pozostał, no bo czymże są niespełna dwa tygodnie włóczęgi w ciągu ostatnich dwóch lat, gdy człowiek przywykł do kilkakrotnie dłuższych wędrówek (nie liczę kilkudniowych wypadów po okolicznych opłotkach typu Niski, Biesy czy inne takie, bo to żadne wakacje - dlaczego, patrz część pierwsza, gdzie piszę o spacerowaniu po lesie).

    Kolejna włóczęga, dla mnie swego rodzaju post scriptum do powyższej, była wynikiem pewnej rozmowy telefonicznej:
    - Te, a do Rumunii byś nie pojechał... - rzuciłem pytanie-niepytanie.
    - A kiedy - w odpowiedzi również wyraźnie dało się wyczuć brak tonu pytającego.
    - A choćby zaraz.
    - A pewnie, że bym pojechał - to stwierdzenie rozwiało jakiekolwiek wątpliwości.
    I w konsekwencji jeszcze jednego telefonu pojechaliśmy we trójkę.

    Uwaga: osoby wrażliwe proszę o opuszczenie poniższego akapitu i przejście od razu do zdjęć.
    Zwykle w Karpatach wrzesień jest stabilny, tym razem też był stabilny. Stabilnie mglisty, co nie przeszkadzało trzymać trzem wyżej wspomnianym chłopom pewnego, dość stabilnego poczucia humoru. Stabilnie marznąc i moknąc przy cowieczornych ogniskach ustaliliśmy wspólnie pewien stabilny kanon: brak "niebkowego", "zechlołem", "małeaskromne" i "kurwajapierdole" zarechotanego przez ochroniarza z rumuńskiej "Biedry" na okoliczność spotkania z trzema dziadami z Polski. Tutaj proszę się nie obrażać na użyty język, już tłumaczę. Otóż polskie przekleństwa vel rzucane mięcho, prócz charakteru typowo agresywnego (nie znam drugich takich przekleństw na świecie, które byłyby tak dosadnie twarde w wymowie - to najprawdopodobniej efekt twardego "r"), mają również wydźwięk integrujący. Wielokrotnie mi się zdarzało, że człek spotkany gdzieś w drodze, usłyszawszy, żem z Polski, używał tychże lub podobnych wyrażeń w celu nawiązania bliższej znajomości - nie zdarza się tak wśród innych nacji peregrynujących po świecie. Być może z punktu widzenia językowego purysty to smutne, że jesteśmy tak kojarzeni, ale zauważyłem też, że to skojarzenie nigdy nie jest negatywne (sic!) - zawsze towarzyszy temu śmiech, ogólna wesołość i bratanie się z miejscowymi podparte najczęściej historyjką wcześniejszych podobnych spotkań. Takoż było i tym razem. Rzeczony ochroniarz pracował z Polakami na misji wojskowej w Iraku czy gdzieś tam, więc był temat do wspomnień z trzema przypadkowymi Polakami wyłuskanymi z "biedronkowego" parkingu (tu przyszły z pomocą polskie blachy na aucie). A to wydaje mi się dość istotne w czasach powszechnej polityki "dystansu społecznego" i zamykania się przed innymi z obawy przed wszelkiego typu "sygnalizmem" (czytaj: kapusiostwem do odpowiednich służb za przestępstwa przeciw poprawności).
    Pozostałe wyrażenia ("niebkowy", "zechlołem", "małeaskromne") były pokłosiem historyjek prywatnych pomieszanych z cytatami używanymi w powszechnym obiegu.

    Jadziem w takim razie w drugą wyrypę.


    Kwintesencja ekskursji. Góry w cwangli, rumuńskie drewniane sacrum i trzech starych dziadów. Zdjęcie na tyle małej rozdzielczości, żeby nie było łatwo zidentyfikować postaci (no-bo-rodo, ale przede wszystkim systemy guglowskie).


    Tu niebkowego niestety nie ma.


    Gwiazdy na ziemi częściej spotykaliśmy niż na niebkowym.


    Sapanta, cimitrul vesel, wesoły cmentarz. Z pewnym "ale", ale nie będę go zdradzał. Dociekliwi sami skojarzą.


    To co mnie rozkłada na łopatki w rumuńskiej współczesnej architekturze sakralnej i czego mi brakuje u nas: pikne drewniane monastyry trzymające fason po linii historii, a nie betonoza. Z cyklu "małe-a-skromne", ale przynajmniej efekty optyczne rewelacyjne.


    Babina miała uciechę, jak ją brałem - proszę bez skojarzeń - w kadry.


    Ponieważ miliona gwiazdek stabilnie nie bywało, braliśmy to, co na podorędziu czyli szałasy ciabanów, puste w większości, bo już po łosodzie.


    Łosod czyli jesienny redyk powrotny.


    No właśnie - większość poranków i wieczorów, często także i spore kawałki dni, wyglądało tak; można podejrzewać, skąd opowieści dziwnej treści o wampirach i Drakulach. W takiej cwangli, gdy jakiś ciaban wypatrzył drugiego, to mu się zjawą objawiał lub innym diobłem kosmatym.


    Czasem bywało i tak, chwilowo jednakże. Po lewo kurorty nad pewnym znanym jeziorem, a my na połoninie w pustej bacówce.


    Ale i cwangla ma swój urok.


    Nieczynna kopalnia siarki.


    Na miejsce noclegu udaliśmy się w gęstej mgle, więc oficjalnie ledwo trafiliśmy.


    Tu ciut wyszło słońce na gołoborza.


    Kopalnia z innej strony.


    Kapliczka przydrożna - wydaje mi się, że rzymskokatolicka, nie prawosławna, bo INRI. Nota bene piękny zestaw okołosyberyjskich kontrastów kolorystycznych.


    Trochę lansu, trochę wolności (po angielsku nazywa się to "free climbing"). Ale trudno nie było.


    A tu pan gospodarz zrobił sobie ogrodzenie posesji z mostu i wydłubał parę takich budyneczków jak ten parlament z Budapesztu czy kościół z Ditrau. Ot, tak w ramach zajęć popołudniowych.


    Gotycki renesans z Lazaru.


    Romańsko-gotycki renesans z odrobiną baroku z Lazaru.


    Bicaz - atrakcja dla ludów, ale jako że pogoda nie dla ludów i po sezonie, to nawet pusto i fajosko. Zawsze to twierdziłem - cwagnla ma swoje dobre strony.

  4. #4
    Zbanowany
    Na forum od
    03.2018
    Postów
    61

    Domyślnie Odp: Buntowniczo


    Znów mamy ten fajny wiek XIX.


    Kapliczka niemal przy każdej starej chałupie - i takiż szaliczek również.


    Z cyklu: strażak na emeryturze.


    I znów przypomnę kumpla: "A co to za wyjazd jak się nic nie spierdoli". Pociekły hamulce. Zestawu naprawczego nie posiadałem, ale wystarczyło wyczyszczenie okolic tłoczka. Nota bene chwilę wcześniej podczas jazdy padła historyjka, jak to jeden kolegów jadąc wielką czerwoną furmanką na kogutach zestresował swoich współpasażerów, tupiąc w podłogę obok pedałów i wrzeszcząc: - Tłoczek! Tłoczek!!! Rechotaliśmy zdrowo; chwilę później rechotałem ja analogicznie tupiąc w podłogę.


    Podejrzewam, że rumuńska cerkiew wydaje na same kwiatki równowartość trzech lotów na Marsa rocznie. Ale efekt fantastyczny. W końcu nie samym chlebem człowiek żyje, potrzebna mu też jakaś cząstka estetyczna.


    Z cyklu "małe a skromne". Oraz z cyklu "tyz pikne".


    Zamek w stylu nasza Niedzica, ta znad Dunajca. Twierdza w Neamt. Znów pusto, bo po sezonie, jak na Rumunię to drogo za wejściówkę (24 leje), a szału nie ma (ale ujdzie).


    Niektóre monastery mają wstęp za frajer (i co ciekawe, zakaz fotografowania, z reguły olewany), niektóre za dychu, ale to dobrze wydana dycha. Tutaj Neamt.


    Neamt. Remonty są robione obecnie praktycznie wszędzie, nie ma prawie monasteru bez pracującej betoniarki.

    Przelecieliśmy się po dobrych kilku monasterach w Vanatori Neamt i okolicy. Nie chciałem powtarzać mojej trasy sprzed 3 lat po Bukowinie (teraz włóczyliśmy się głównie na południe od Bukowiny), bo chciałem zobaczyć coś nowego, ale i tak w końcu zboczyliśmy ciut na północ do dwóch malowanych - do Voronetu i Humoru, bo trasę zmienił nam objazd zerwanej drogi. Poniżej kilka detali na wyrywki z różnych klasztorów.








    Nieekologiczny ślad węglowy czyli ognisko słusznej postury, grule trza upiec. Możliwość palenia ogniska uważam za jeden z weryfikatorów wolności. W krajach, gdzie tego robić nie wolno, istnieje, mniej lub bardziej ukryty, zamordyzm. Drugim probierzem jest dostęp do źródeł wody. Te dwie rzeczy to podstawowe ludzkie potrzeby - ciepło i możliwość przygotowania posiłku oraz woda. Zauważcie, że w ostatnich latach drastycznie zmniejszyła się ilość czynnych publicznych studni w miastach (zostały polikwidowane zwykłe, stare pompy podwórkowe, studnie miejskie zasypano lub w najlepszym razie pozamykano na kłódki), nawet na wsiach zniknęły studnie prywatne (zasypali je właściciele, skuszeni łatwą dostępnością z wodociągów). A co w przypadku potencjalnej wojny czy katastrofy (zniszczone elektrownie czy nawet zwykły blackdown sieci - a przecież wodociągi zależą od elektrowni)?...


    Nieczynna część kopalni uranu (jest i czynna). Tu też już kiedyś byłem, obecnie na dojeździe jest asfalt (dawniej była betonowa droga) i ruiny są bardziej rozprute.


    Cała tablica Mendelejewa w tym jednym kawałku wody. Ciekaw jestem, czy w nocy się świeci.


    Ostatni kibel w Rumunii spisał się z "niebkowym".


    Jeden z nas budził pozostałych dwóch śpiochów co rano jako ranny ptaszek; tym razem nie potraktowaliśmy go gazem pieprzowym na miśki, bo warto było wstać, choć mrozik usztywnił namioty.


    Na koniec trasy znowu Sapanta, ino z drugiej mańki: nowa cerkiew, z najwyższą drewnianą wieżą w całej Rumunii. Monumentalizm tych drewnianych klocków zrobił na mnie wrażenie.


    Tu schodki z dwóch połówek pniaka z moim butem dla skali.

    Jako się rzekło wyżej, Karpaty Rumunii niestety też się zmieniają. Zarówno za sprawą cywilizacji wciskającej się z buciorami postępu na rustykalne salony (ale fajny wygibas językowy, nie? oksymoronem trochę zalatuje), jak i za sprawą takich czy innych przepisów. To droga donikąd. Wygoda (wygodnictwo) prowadzi do coraz większych wysiłków człowieka mających na celu utrzymanie otaczających nas gadżetów (błędne koło - więcej pracować, żeby lepiej zarabiać, żeby wygodniej odpoczywać po większym wysiłku), ograniczenia, nakazy i zakazy otępiają umysł, który zostaje pozbawiony umiejętności prostego myślenia - takiego na "chłopski rozum". Tęsknota za tym chłopskim rozumem jest przyczyną pędu ludzi "cywilizowanych" na łono natury i w tzw. dzikie kraje. I choć Rumunia to przecie w pełni europejski kraj, wraz ze wszystkimi tego plusami i minusami, to na szczęście ma odcinki, gdzie chłop chłopu na parkingu podadzą sobie ręce nie zważając na obostrzenia.

    Niestety - coraz częściej w takich zakamarach świata, gdzie spodziewałbym się tego fajnego "prymitywu" (w znaczeniu pozytywnym, bez śladu pejoratywności), natrafiam na ślady śmietniska mentalno-gadżeciarskiego - nawet w odludnym Pamirze dzieciaki smyrają po ekranikach, choć łażą na bosaka. Jest to koszmarem współczesności - i dowodem na to, że rzeczywiście jesteśmy na najlepszej drodze ku zniewoleniu. Telefon z lokalizatorem, niewyjmowalną baterią, aplikacjami do śledzenia zachowań - za darmo (do abonamentu), kredycik - na zero procent (plus to co małym druczkiem), wkłucie - za darmo (plus hulajnoga i paszporcik).

    Gdy jakaś instytucja/ministerstwo/korporacja chce mi coś wcisnąć "za darmo", obiecując profity, ba! wydając miliony, żeby mnie zachęcić reklamami, zapalają mi się w głowie wszystkie czerwone lampki ostrzegawcze i wyją wszystkie alarmy.
    Ech, chyba głupio gadam.
    Ale przynajmniej nie mam smartfona.
    I nie zamierzam mieć.
    A telewizor z życia wyrzuciłem wieki temu.

  5. #5
    Bieszczadnik Awatar Piotr Niedziela
    Na forum od
    06.2016
    Rodem z
    Jura/Warszawa
    Postów
    145

    Domyślnie Odp: Buntowniczo

    Relacja... rewelacja :)

  6. #6
    Zbanowany
    Na forum od
    03.2018
    Postów
    61

    Domyślnie Odp: Buntowniczo

    Zdecydowanie bardziej relacja-prowokacja.

    I oczywiście jest kilka literówek i błędów - z bardziej istotnych np. Ponorolui. A fragment drewnianej bramy w Neamt (z opisem remontów i betoniarek) to nie Neamt tylko Voronet.

  7. #7
    Bieszczadnik
    Na forum od
    04.2020
    Postów
    66

    Domyślnie Odp: Buntowniczo

    Cytat Zamieszczone przez zdeb Zobacz posta

    Azaliż to azalie? Ależ tak. Całe zbocza w azaliach.
    Raczej nie. Bo to RODO-, RODO-, RODOdendron wschodniokarpacki. Góra wysoka i pora czerwiec/lipiec.
    W relacji brak selfików, a dużo za dużo luzu i romantiki.

  8. #8
    Kronikarz Roku 2011 Awatar buba
    Na forum od
    02.2006
    Rodem z
    Oława
    Postów
    3,644

    Domyślnie Odp: Buntowniczo

    Chcę, żebyście nie zapomnieli, że jesteście ludźmi, którzy urodzili się wolni - i takimi pozostańcie.
    Najwiekszy problem w tym, ze wiele humanoidalnych istot, ktore mijamy na ulicach (bo nie wiem czy to ludzmi nazwac mozna) nie cenia wolnosci, a wrecz czesto mam wrazenie, ze w ogole nie rozumieja czym ona jest. Co gorsza mam wrazenie, ze jest spora grupa wrecz zadowolona z serwowanego nam zniewolenia, bo wreszcie oni mogą nie czuc sie gorsi. Dokladnie to widzialam w momentach najwiekszego terroru nawet wsrod grona (juz byłych) znajomych. Bo kiedys to niektorzy podrozowali, poznawali swiat i mieli ciekawe przygody - oni nie, bo ciezko dupke z fotela podniesc. Inni mieli swoje biznesy np. knajpe i potrafili robic kase na czyms co sprawia im przyjemnosc. Oni nie bo dwie lewe rece do roboty. Inni uprawiali rozne sporty, co powodowalo, ze sa zdrowi i dobrze wygladaja. Oni nie, bo latwiej wcinac pączki przed telewizorem i hodowac mięsien piwny. Inni mieli szeroki krag znajomych z ktorym sie spotykali - oni nie, bo kto nudziarza zaprosi. Więc przed tymi wszystkimi zastepami nieudaczników to sie niebo otwarło - oni w pierwszym szeregu darli mordy "zostan w domu!", "badz odpowiedzialny!" "zrezygnuja z zycia, zeby przypadkiem nie umrzec!". Bo oni z zycia zrezygnowali juz dawno i troche ich jednak gryzlo, ze inni potrafia lepiej wykorzystac czas im tu dany. Bo to nie boli, ze nie masz auta, ale boli, ze sasiad ma... Wiec mam wrazenie, ze ta grupa, niestety bardzo liczna to na glowie by stanela aby serwowane nam przez wladze gowno sie nigdy nie skonczylo...

    Codzienna higiena i zaopatrywanie się w wodę - w czasach sanitaryzmu mycie w potoku, przy studni z żurawiem czy wodopoju dla owiec jawi się ekstrawagancją. U nas na wyjazdach to jednakże standard od wielu lat. I żyjemy - nie zeżarły nas żadne bakterie czy wirusy.
    A moze one was żrą bezobjawowo od wielu lat? A?? o tym nie pomyslales?

    Całe pasma z osadami ciągle żyjącymi niemal jak w XIX wieku
    Ciekawe czy tylko sezonowe czy zima tez tam mieszkaja?

    Wówczas dojazd do Scarisoary odbywał się kamienistą drogą i trwał trzy kwadranse, był czas na oglądanie wiejskiej sielanki, a w jaskini bylismy sami. Teraz trzeba patrzeć na drogę, żeby nie stuknąć się z autokarem jadącym z naprzeciwka, a do jaskini... nawet nie zatrzymaliśmy się, taki tłum. Uroki asfaltowej cywilizacji.
    Tak sie konczy doprowadzenie rowniusiego asfaltu... Zawsze.. :(

    I czemu ludzie dążą do pozornej wygody metalowych krat kosztem spaprania tego co piękne...
    Bo nie potrafią zauwazyc tego co jest piekne? A w telewizorze i w folderku bylo ze piekny jest asfalt. To powtarzaja jak papugi i czuja sie mądrzy. Bo tak powiedzieli naukowcy - asfalt jest piekny a wolnosc jest szkodliwa.

    Takie miejsce teoretycznie powinno być na liście UNESCO,
    Nie nie nie, to miejsce jest brzydkie i na zadne gównolisty prosimy go nie wpisywac! :P

    W kopalni trawertynu.
    Wyglada jak dobre miejsce na biwak! no chyba ze kopalnia wciąż dziala?

    Gdzieś po drodze w lesie takie rumowiska.
    o matko! i nie zabezpieczone siatką? to skandal! narazili was na niebezpieczenstwo!

    Konie tabunami luzem - niczym w Kirgizji
    Normalnie Kirgizja, ino chałupy zamiast jurt.
    Ech... Widze ze miales to samo co my, wedrujac w tym roku przez Beskid Wyspowy. Ciagle mowilismy "ale pogoda to zupelnie jak w Karpatach", "sklepik zupelnie jak w Karpatach tylko nieczynny" itp

    Jama Boli - tu już jest cepeliada, ale czasem i cepeliadę warto obejrzeć. Wpuścili nas za frajer, bośmy już Lei nie posiadali. W środku na ścianach kopie z francuskiego Lascaux, kiedyś tu jakieś filmy kręcili o tymże.
    A te kolorki to jakies podswietlone czyms? Bo nieco mi przypomnialo jedna jaskinie w Gruzji, gdzie wszystkie skalki podswietlali na tęczowo, zeby byly ladne i atrakcyjne dla turystow

    Zdjęcie na tyle małej rozdzielczości, żeby nie było łatwo zidentyfikować postaci (no-bo-rodo, ale przede wszystkim systemy guglowskie).
    No ja cie poznalam bez problemu

    Góry w cwangli
    cwangla to mgla? bo nie znalam tego slowa

    Czasem bywało i tak, chwilowo jednakże. Po lewo kurorty nad pewnym znanym jeziorem, a my na połoninie w pustej bacówce.
    Podobnie czulismy sie kiedys nad pewna zatoką w Chorwacji. Po drugiej stronie łupiace muzyka i oswietlone osrodki kurortowe a my na biwaku w pelnej ciemnosci wsrod nadbrzeznych ruin

    Nieczynna kopalnia siarki.
    Jak mozna na terenach opuszczonej kopalni zrobic tak malo zdjec!!!!!! hę???

    Możliwość palenia ogniska uważam za jeden z weryfikatorów wolności.
    O to to!

    Wygoda (wygodnictwo)
    Dla mnie to jednak sa dwa rozne slowa, o zupelnie innym znaczeniu. Bo wygode lubie a wygodnictwem sie brzydze. Wygodą np. na wyjezdzie jest dla mnie to, ze rano mam dostep do czystego potoku w ktorym moge umyc ryj i nabrac wode na herbate, a nie musze dymac do rzeki kilometr w doł ze zbocza. A wygodnictwem jest pokoj hotelowy, koniecznie urzadzony wedlug standardow obowiazujących w tegorocznej modzie.

    Tęsknota za tym chłopskim rozumem jest przyczyną pędu ludzi "cywilizowanych" na łono natury i w tzw. dzikie kraje
    Najgorzej ze duzo ludzi ma pęd zeby pojechac w dzikie kraje, ale koniecznie rownym asfaltem, na miejscu miec prysznic i wifi. I market na kazdym zakrecie.

    Ale przynajmniej nie mam smartfona.
    Teraz to na bank bym ci zajumala telefon Bo przy moim tez juz jest koluszko! :D
    Ostatnio edytowane przez buba ; 05-11-2021 o 12:00
    "ujrzałam kiedyś o świcie dwie drogi, wybrałam tą mniej uczęszczaną - cała reszta jest wynikiem tego, że ją wybrałam.. "

    na wiecznych wagarach od życia...

  9. #9
    Zbanowany
    Na forum od
    03.2018
    Postów
    61

    Domyślnie Odp: Buntowniczo

    Tomnatyk - moja twierdzi, że azalie (takie same ma w ogrodzie). A w internetach piszą, że rododendron to to samo co azalia i różanecznik (ten to akurat wiedziałem). Rododendrony (duuużo rododendronów) widywałem w Azji, ale tam były wielkie. Więc jednak będę lojalny wobec mojej - azalia i szlus :P
    Co do romantyki - wolność wcale nie jest romantyczna. To trochę tak, jak by twierdzić, że tlen jest romantyczny.
    (Przy okazji Tomnatyka - kiedyś może zrobię wątek "co ma wspólnego Tomnatyk z Kirgistanem", a ma).

    Buba - ło kurna. Aleś wyskrobała posta. Spróbuję obskoczyć to, o co pytasz.
    Bezobjawową to ja mam maskę (tak odpowiadam, jak mnie pytają "gdzie maska").
    Chaty - częściowo sezonowo, częściowo całorocznie. Sezonowo głównie pasterze w szałasach (te najczęściej już były puste, bo jak pisałem - po łosodzie), a niektóre chaty wyglądały na "całorocznie" wyposażone, a ludziska wyglądali nie za bogato, żeby migrować do "miasta", więc pewnie całoroczne. Zresztą w niektórych wioskach są cerkwie i cmentarze.
    Jaskinia Boli - owszem, podświetlana, w różnych kolorach, w tym jarzeniowo-jaskrawych. Taka cepeliada, ale spoko jako chwilowy odskok do cywilizacji.
    Cwangla to mgła (lub chmury wokół), zgadza się. Okołotatrzańsko, jeśli idzie o język.
    Zdjęć było dużo, ale wszystkich tutaj nie będę wrzucał przecie. Zanudziłbym. A clou jest gdzie indziej, nie w zdjęciach, te są ino pretekstem - vide tytuł wątku.

  10. #10
    Bieszczadnik
    Na forum od
    04.2020
    Postów
    66

    Domyślnie Odp: Buntowniczo

    Cytat Zamieszczone przez zdeb Zobacz posta
    moja twierdzi, że azalie (takie same ma w ogrodzie). A w internetach piszą, że rododendron to to samo co azalia i różanecznik (ten to akurat wiedziałem).
    Zgadza się, ale nie do końca. To co uwieczniłeś na zdjęciu różowiące się na zboczu to rododendron (= różanecznik) wschodniokarpacki Rhododendron kotschyi SIMONKAIA, (= myrtifolium SCHOT & KOTSCHY). Innego w Karpatach nie ma. Występuje wyspowo od Borżawy na wschód, częsty na Czarnohorze, rzadki w Karpatach Marmaroskich (na Komanowej i Kreczeli), dalej częsty w wysokich pasmach od Rodnianów. Nie ma w Karpatach żadnej innej masowo różowo kwitnącej rośliny w wyższych pasmach. Azalia to osobny rodzaj, w wyższych pasmach Karpat np. bladoróżowo kwitnąca krzewinka Azalea procumbens. Popularnie, w ogrodnictwie są te rodzaje utożsamiane, np. azalia japońska (=różanecznik japoński) Rhododendron molle.

    Cytat Zamieszczone przez zdeb Zobacz posta
    Rododendrony (duuużo rododendronów) widywałem w Azji, ale tam były wielkie.
    Zgadza się, bo azjatyckie gatunki są z reguły krzewiaste a nawet drzewiaste. W naszych Karpatach to tylko krzewinki.

    Cytat Zamieszczone przez zdeb Zobacz posta
    Więc jednak będę lojalny wobec mojej - azalia i szlus :P
    Co do romantyki - wolność wcale nie jest romantyczna.
    Lojalność - piękna i coraz rzadsza postawa. Wolność też! Ponoć instynktowne dążenie do wolności jest "romantycznym porywem", nie pragmatyzmem.

    BTW Nie używasz smartfona, ale to zdjęcie i niektóre inne wyglądają jakby były robione z drona Lepsze byłoby selfi może?

Informacje o wątku

Użytkownicy przeglądający ten wątek

Aktualnie 1 użytkownik(ów) przegląda ten wątek. (0 zarejestrowany(ch) oraz 1 gości)

Zakładki

Zakładki

Uprawnienia umieszczania postów

  • Nie możesz zakładać nowych tematów
  • Nie możesz pisać wiadomości
  • Nie możesz dodawać załączników
  • Nie możesz edytować swoich postów
  •