Rankiem kolejnego dnia pogoda nie napawa optymizmem – chmurzy się i przelotnie pada, a my nie możemy pozwolić sobie na opóźnienia, bo mamy zawczasu wykupione bilety powrotne z miejsca, do którego musimy koniecznie dotrzeć w sobotę wieczorem. Mimo niesprzyjających warunków tradycyjnie, ok 8 rano ruszamy w drogę. Na szczęście deszczowy front atmosferyczny „zaczepił” się chyba nad Gorganami, bo wkrótce nieco wypogadza się, a nawet zdarza się, że wygląda słońce. Pędzimy teraz z w dół doliną Tereszwy w kierunku Cisy i granicy rumuńskiej. Czasami nieco chmurzy się i siąpi drobny kapuśniaczek, ale to nie przeszkadza nam w kontynuowaniu jazdy. Tuż przed miasteczkiem Tereszwa zatrzymujemy się na „podsklepiu” na popas. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to, iż Marek zauważa poważne pęknięcia w jednym ze swoich pedałów, co grozi – w razie całkowitego rozpadu tychże - nieuchronnym zakończeniem jazdy.
Po krótkiej przerwie ruszamy w drogę i w Tereszwie, na głównej drodze, w którą skręcamy obieramy kierunek wschodni. Niespodziewanie, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki pojawia się przed nami sklep i serwis rowerowy – pierwszy jak do tej pory na trasie naszej marszruty. Marek decyduje się zakupić tu i wymienić pedały, a także dokupić dodatkową dętkę dla Iwony, która to decyzja, jak jeszcze zobaczymy, okazała się brzemienną w skutkach.
Po przerwie serwisowej ruszamy dalej i przez Hruszewo docieramy do Sołotwyna. W Sołotwynie jest most na Cisie, a na nim przejście graniczne ukraińsko- rumuńskie, przez które dostajemy się do Sygietu Marmaroskiego. Tym sposobem jesteśmy w Rumunii!!!
Nowy kraj - nowe wyzwania i obyczaje. Przede wszystkim od razu daje się nam we znaki dużo większa niż na Ukrainie liczba samochodów, a Rumunia to kraj zdecydowanie dla zmotoryzowanych. Rowerzysta najwyraźniej nie cieszy się wśród tamtejszych kierowców poważaniem i traktują go na szosie jak intruza, przeszkadzającego im w swobodnym rozwijaniu dużych prędkości. Dlatego prawie wszyscy mijają nas „na centymetry”, o regulaminowym odstępie 1 metra od rowerzysty nie ma tu mowy.
Plan na dziś przewiduje dotarcie jak najdalej w górę doliny Izy tak, aby kolejnego dnia mieć jak najkrótszą trasę związaną z przewidywanym pokonaniem znacznej różnicy wzniesień przy podjeździe na przełęcz, na którą koniecznie musimy dotrzeć. Dlatego pedałujemy intensywnie, a kolejne kilometry pękają dość lekko.
Dolina Izy jest bardzo ciekawa ze względu na pojawiające się tu i ówdzie przykłady marmaroskiej architektury drewnianej – strzeliste cerkwie i słynne ozdobne bramy. Zachowało się tu także wcale sporo drewnianych domostw.
Około trzeciej po południu docieramy do Barsany i zwiedzamy tamtejszy piękny, drewniany klasztor. Po obejrzeniu klasztoru ruszamy dalej, ale już w kolejnej miejscowości Marek, który zawczasu przesiadł się na rower Iwony łapie kolejną gumę. Wymiana dętki zajmuje trochę czasu, po czym ruszamy dalej. Zamierzamy dotrzeć dziś przynajmniej do Bogdan Vody, do której to miejscowości nie jest już daleko. Po dotarciu na miejsce Marek z Iwoną idą do sklepu, a ja robię przejażdżkę po wsi w poszukiwaniu kwatery, ale jak naz złość – tak jak w kolejno mijanych wsiach aż „roiło się” od kwater, tak tu najwyraźniej nic nie ma. Dojeżdżam więc na koniec wsi i zatrzymuję się przy stacji benzynowej. Uruchomiony tu wujaszek Google podpowiada, że najbliższe kwatery znajdują się dwie wsie w górę doliny - w Salistea de Sus. Po chwili docierają do mnie Marek z Iwoną i już mam podzielić się z nimi tą informacją, kiedy Marek, zatrzymując się zauważa u siebie kolejną „panę”! Po krótkiej naradzie postanawiamy, że ja pojadę naprzód w poszukiwaniu kwatery, a Marek wymieni kolejna dętkę. W tym miejscu okazało się więc, jak właściwą była decyzja o zakupie dodatkowej dętki – bez niej bylibyśmy w tym miejscu „ugotowani”!
Jak już się rzekło, ruszam więc naprzód i przez Dragomiresti docieram do Salistea de Sus. W pierwszej wygooglanej kwaterze niestety ponoć brak miejsc, ale właścicielka uprzejmie wskazuje mi położony na wzgórzu pensjonat, który wg niej powinien posiadać wolne pokoje. Ruszam więc we wskazanym kierunku i po ok 500 metrach odnajdują rzeczoną kwaterę. Jej właścicielem okazuje się być lekko dziś podchmielony, rubaszny mężczyzna, z którym po krótkich targach zgadzam się co do pokoju i jego ceny. Na Marka z Iwoną przyjdzie mi tu poczekać z półtorej godziny, gdyż Marek podjął słuszną, jak się później okazało decyzję przełożenia felernego, tylnego koła na przód, gdzie będzie ono miało znacznie mniejsze obciążenia.
Czekając na mych współtowarzyszy zmuszony jestem wysłuchiwać zachwytów (oczywiście w języku rumuńskim, którego prawie zupełnie nie znam) wypowiadanych przez gospodarza na temat Putina i jego polityki. Facet pokazuje mi na komórce (w celu lepszego zrozumienia, jak mniemam) jakieś filmiki wychwalające Putina. Pytam go, na tyle, na ile udaje mi się to pytanie sformułować po rumuński, czy Causescu też był „bun”? - ”Da, Causescu bun, Putin bun!” - słyszę w odpowiedzi.
Marek z Iwoną docierają już poz zmroku i od razu wywiązuje się dyskusja, co robić dalej. Kolejnej dętki na wymianę już nie ma, a nie wiadomo, ile wytrzyma jeszcze wadliwa opona, winowajczyni naszych kłopotów. Po raz kolejny konsultujemy się więc z googlem, który podaje, że najbliższy na naszej trasie sklep rowerowy znajduje się w Borszy. Borsza oddalona jest o 31 km, koniecznie będziemy musieli więc do niej dojechać, jeśli chcemy kontynuować dalej naszą eskapadę.
Mimo zmęczenia (przejechaliśmy dziś z przygodami ponoć aż 114 km!) biesiadujemy jeszcze i nieprędko kładziemy się spać.
Kolejny dzień znów wstaje piękny. Ruszamy jak zwykle wcześnie w trasę. Po drodze, nie czekając na ów serwis w Borszy rozpytuję w kilku mijanych „wulkanizacjach” o opony rowerowe, wszędzie słysząc jedną i tą samą odpowiedź: - „Cauciuc de bicicleta? Nu...”. Po ok godzinie jazdy docieramy na widokową przełęcz pomiędzy miejscowościami Sacel i Moisei. Stąd mamy dość długi zjazd w dolinę Wyszowa, co nie cieszy mnie za bardzo, gdyż gubimy tym sposobem mozolnie wypracowane przewyższenie, a dziś czeka na nas podjazd na ok 1600 m n.p.m., czyli licząc z Moisei – ponad 1000 m różnicy wzniesień!!! Szczęśliwie docieramy do Borszy, gdzie Markowi udaje się zakupić odpowiednią oponę. Zapada jednak decyzja, że jej nie wymieniamy i jedziemy na starej, dopóki się da. Po posiłku i zakupie produktów na dalszą podróż (nie licząc kolejnej miejscowości najbliższy sklep na naszej trasie powinien się znaleźć dopiero jutrzejszego popołudnia) ruszamy dalej – najpierw do Baia Borsa, paskudnego, dawnego osiedla górniczego, skąd naszą marszrutę kontynuujemy doliną rzeki Tasla w kierunku położonej w głównym karpackim grzbiecie wododziałowym przełęczy Tarnita Balasanii. Przełęcz ta wznosi się aż na 1477 m n.p.m. Początkowo idzie nam nieźle, ale końcowe kilometry pokonujemy pchając rower. Na przełęczy jesteśmy ok g. 17. Marek, który dociera na przełęcz pierwszy, ucina sobie pogawędkę z mijającymi go bułgarskimi uczestnikami rajdu samochodami terenowymi – dziwią się oni bardzo naszej decyzji spania w górach („niedźwiedzie!”), a szczególny niesmak budzi u nich fakt przemierzania przez nas karpackich płajów rowerami. Zastanawiamy się, gdzie uczestnicy takich rajdów nocują w tej karpackiej głuszy. Odpowiedź przychodzi niespodziewanie kolejnego dnia…
Przełęcz Tarnita Balasanii, położona, jak już się rzekło w głównym grzbiecie karpackim oddzielała niegdyś Mołdawię od Węgier, choć tylko do pewnego momentu dziejów, gdyż w XVIII wieku Austriacy, nim wcielili północną Mołdawię, nazwaną przez siebie "Bukowiną” do Monarchii Habsburskiej, przesunęli tę granicę na położoną nieco na wschód rzeczkę Cibo. Ponieważ na noc nie zatrzymujemy się na przełęczy, tak więc jeszcze dziś opuszczamy dawne Węgry, a z nimi historyczny Maramuresz i wkraczamy do Mołdawii. Na razie ruszamy lekko pod górę, trzymając się blisko tej historycznej granicy i trawersując od wschodu potężne cielsko Kreczeli, chcąc jeszcze dziś nabrać nieco wysokości tak, aby jutro możliwie szybko rozpocząć zjazd. Po pokonaniu najstromszego odcinak trasy odnajdujemy dogodne miejsce na nocleg - śródleśną polanę odwadnianą przez aż trzy potoki, z których dwa tworzą dogodne do kąpieli „jeziorka”! Rozkładamy więc biwak i wsłuchując się w odległe pohukiwania kłębiących się tu i ówdzie burz delektujemy się pięknymi widokami i dzikością tego miejsca.
Cdn.
Sołotwyno - tuż przed granicą - oddajemy się pod dobrą opiekę.jpg w Sygiecie.jpg w Rumunii nie mogło zabraknąć Cyganów.jpg Kwintesencja architektury marmaroskiej - drewniane bramy i strzeliste cerkwie.jpg Monastyr Barsana.jpg Śniadanie w Salistea de Sus.jpg W drodze na przełęcz.jpg Pzrełęcz Tarnita Balasanii.jpg Na przełęczy.jpg Biwak pod Kreczelą.jpg


Odpowiedz z cytatem
