Wojtku, wysłałem Ci odpowiedź na priv-a.
Na to pytanie, don Enrico, każdy już musi odpowiedzieć sobie we własnym sumieniu. Nie może tu być prostej odpowiedzi. Jedyne, co mogę powiedzieć to to, że nikomu tam nasza obecność nie przeszkadzała, a wręcz odwrotnie – budziła raczej, choć to za duże słowa - pewien podziw i szacunek u miejscowych dla nas, że mimo wojny odważyliśmy się do nich przyjechać. Taki był też jeden z celów, jaki nam przyświecał – nie dać się zastraszyć. Ludzie chcą żyć tam normalnie i robią wszystko, by żyć normalnie, działają kawiarnie, restauracje, sklepy są normalnie zaopatrzone, a lokalni „bonzowie” przemykają po dawnemu swoimi olbrzymimi SUV-ami z przyciemnianymi szybami. Na pewno na wojnie tracą właściciele małych rodzinnych agroturystyk i pensjonatów, bo tam nikt im nie wypłaci przecież „postojowego”, dlatego właśnie napisałem, że warto tam pojechać choćby i po to, żeby tych ludzi wspomóc finansowo. Ruch turystyczny, choć mniejszy niż zwykle, ma przecież w Karpatach cały czas miejsce.
Czy w Karpatach ma więc miejsce wojna? Gdyby nie to, że o niej rozmawialiśmy z miejscowymi, to bym mógł zapomnieć, że gdzieś tam jest. To, co rzuciło mi się w oczy na miejscu, to spora ilość mężczyzn, bo jakoś sobie wyobrażałem przed wyjazdem, że po wsiach spotkamy głównie kobiety i starców…
To „zaciemnienie” („zamglenie”?) ma tyle do rzeczy, że putinowska propaganda pada miejscami na podatny grunt. A ten grunt to najwyraźniej (przynajmniej w Rumunii) ludzie, którym za Causescu powodziło się dobrze (lapidarnie wyraził to sam nasz gospodarz słowami, które zacytowałem: „Putin bun, Causescu bun”). Czym zajmował się w czasach „słońca Karpat” nasz gospodarz z Salistea de Sus, nie wnikam.




Odpowiedz z cytatem
Zakładki