Komańcza po raz wtóry i ostatni
Wpierw przeprowadził Tato z Gminą zamianę dawnego placu na nowy – tym razem odległego tylko o 300 metrów od stacji kolejowej. Zamieszkaliśmy tymczasem u Hryca Klebana. Przymrozki się zaczęły. Spaliśmy obydwaj z Dziuniem w stodole, a Rodzice w zimnej komórce. Rano dla rozgrzewki biegaliśmy z Tatem na naszą budowę i do śniadania nim przyszli robotnicy, zwykle sporo podpędzaliśmy. I tak – chociaż z trudem i dużym wysiłkiem – jednak na Wigilię 1924r. wprowadziliśmy się już „do swojego”. Władzio nadmienia mi w swoim liście z 24.10.1960r. tak:
- czy przypominasz sobie Olku tę jesień (przed 36 laty), kiedy to w ciągu dwóch miesięcy od zaczęcia budowy, wprowadziliśmy się do domu bez okien i drzwi – 17 grudnia. Byłem wtedy 14 – letnim chłopcem i wieczorami „po fajrancie” siadałem na „lewym skrzydle” na piecu i psułem oczy, czytając z dala od światła (bo autor zajmował „centrum”, a Tato „prawe skrzydło” przy lampie nad kuchnią), podczas gdy Mama przyrządzała posiłki.
Zimą wykończyliśmy z grubsza dom i pracownię. Z wiosną zbudowaliśmy szopę tartaczną i młynówkę długą ok. 300 metrów połączoną z dojazdem wydartym rzece. Niestety, powódź mści się i zabiera nam gotowy już jaz, „żłoby” i drogę. Musieliśmy więc skrócić młynówkę o prawie 200m, a tym samym i zmniejszyć znacznie spad, bo już nie starczyło funduszów na taka samą odbudowę. Sporo kosztowały tez odlewy i części żelazne do tartaku i turbiny pomysłu Taty, którą zbudowaliśmy własnoręcznie w następna zimę. Po uruchomieniu jej okazało się, że daje za mało mocy…. „Kółka” nie mogą należycie napędzać tartaku…. Konsternacja… przerażenie … Przytłoczeniśmy bardzo wszyscy…. Tyle pracy, kosztów i nadziei na próżno.


W okresie 15.1.1927 do 1.5.1928 przyjmuje posadę urzędnika przy eksploatacji lasów w Duszatynie i znaczną część pensji oddaję Tatowi, by zaradzić najpilniejszym potrzebom. W między czasie rozpoczynamy organizację Rzymsko-Katolickiej Parafi i budowę kościoła w Komańczy (dotychczasowa parafia Bukowsko – oddalona jest ponad 30 km). Komitetowi przewodniczy Stanisław hr Potocki, który ofiarowuje plac i budulec. Tato jest budowniczym, a ja sekretarzem Komitetu. Podwapińscy ofiarowali tez okna i drzwi do kościoła, a na inne wydatki urządzano przedstawienia amatorskie, festyny i zabawy – reżyserowane, organizowane i aranżowane przez sekretarza komitetu, wspólnie z jego bratem Władziem i innymi parafianami. Po wybudowaniu i konsekracji kościoła SS. Nazaretanki zakrystianują, Tato „organistuje” prowadząc w niedziele i święta Godzinki i śpiewy, a młodzi Podwapińscy zwykle służą. Pierwszym proboszczem w Komańczy był ks. Ignacy Jarek, zacny i świątobliwy kapłan, któremu zawdzięczam wytrwanie w powołaniu.