Ok. 20 namiot już stał pod klonem nad Zawoją. Do rzeczki miałem kilka kroków. A jeszcze kilka kroków dalej, za rzeczką zaczynał się Magurski Park Narodowy, do którego nie wchodziłem, bo nie miałem biletu. Zaczął padać deszcz, ale klon przez dłuższy czas brał to na siebie.
Roślinność w pobliżu była trochę podziurawiona przez ślimaki, ale nie zwracałem na to większej uwagi.
W nocy spałem, rzeczka szumiała, ślimaki były cicho. Gdy się rano obudziłem, sypialnia namiotu - zazwyczaj biała - była teraz pokryta malowniczymi brązowymi plamami. Przez chwilę myślałem, że to gra świateł lub złudzenie. Zacząłem stukać w ścianki namiotu i wtedy zaczęły spadać ślimaki. Stukałem tak dłuższą chwilę bo mi się one nie podobały. Gdy wyszedłem z namiotu, siedziały na plecaku, na butach, skarpetkach, na wszystkich sprzętach. Tam, gdzie ich już nie było, bo sobie poszły albo je wykopałem, zostawiły paskudne, kleiste ślady. Po ściągnięciu tropiku jeszcze sporo ich było przyczepionych w różnych miejscach, chociaż wydawało mi się, że je wyprosiłem.
Szybko się spakowałem i strząsnąwszy ostatniego ślimaka z kijka, ruszyłem przed szóstą, bez śniadania w drogę.
![]()






Odpowiedz z cytatem