Jako sprawca zawieruchy pozwolę sobie na kilka słów refleksji. W lipcu 2004 r. miałem przyjemność wodzić po Karkonoszach drużynę harcerską. W ilości osób 16. (To chyba już stonka??) Za parę lat może oni też zaczną łazikować, zamiast tłuc biednych turystów. Wiadomo samymi górami to ja się nie nacieszyłem, ale innym pomogłem. Piękno Karkonoszy dotrało do mnie dopiero ... w Izerskich (pardon za drobny lapsus geograficzny), kiedy to sam goniłem grupę. Pokazywanie innym gór może być taką samą frajdą jak ich samotne zwiedzanie.

Osobiście ciągle jestem w wieku, w którym "w głowie ciągle szumi", a samotność nie tyle boli, co zachwyca. Zresztą w mojej dziewiczej solówce po Biechach też jakoś szukałem kontaktu z ludźmi. Tutaj występuje pewien paradoks- mianowicie idąc samemu łatwiej otworzyć się na świat, poznać innych orgianałów- włóczykijów. Idąc w grupie nie ma się takich potrzeb, ale za to można się "dotrzeć" i "dopasować".

Jedynym moim bólem jest właśnie bepieczeństwo- Gdynia to dość daleko, stopa nie lubię, a PKP dostarcza aż nadmiaru wrażeń.

Słowem- każdy niech swoich Bieszczadów szuka w kim i z kim chce. Bo tylko wtedy będą one jego, a on ich.