Z moich mizernych doświadczeń podróżowanie na stopa nie wygląda najlepiej. W tym roku w maju (ale nie długi weekend), po całym dniu łażenia po górach musieliśmy (3 osoby) przejść ok. 6 km asfaltem, a nogi już nam w d... właziły. Niestety zdrowaśki nie pomogły, nikt nie chciał się zatrzymać. Dopiero na ostatnim km ktoś nas zabrał, za co został obsypany gradem uśmiechów i podziękowań.
Niestety tradycja w narodzie zamiera, i nie tylko ta.
Ale zdarzają się też zaskakujące sytuacje. Oczywiście po całym dniu łażenia po górach, odcinek kilkunastu km asfaltu do samochodu, który gdzieś tam został (a właściwie został przez nas zaparkowany w zupełnie innym miejscu niż powinien, ja oglądałam mapę ). Nikt się nie chciał zatrzymać, oprócz ... uśmiechniętego kolesia na czerwonym quadzie. Wszyscy się nie zabraliśmy, ale przynajmniej jedna osoba, która podjechała po samochód. Już nie wspomnę o tym, jakich wrażeń jazda quadem mu dostarczyła. Nam zresztą też jak w radosnym osłupieniu patrzyliśmy za odjeżdżającym kolegą przycupniętym jednym półdupkiem na zderzaku quada, walczącym o życie. Naszym wybawcą był ponoć znany bieszczadzki fotograf, tamże mieszkający. Jak czyta forum, jeszcze raz wielkie dzięki - za uratowanie nóg i wrażenia :D .