Kiedyś jechałem z jednym gościem z Wawy na stopa. Było to w Bieszczadach, gdzieś w okolicach Ustrzyk. Gość napieprzał ciągle przez komórę, a gdy się w końcu spytał co "tu można zobaczyć", to zacząłem mu opowiadać o szlakach, o pięknych kościołach, cerkwiach, itd - słowem, sam miód. Gość mi na to odparował - "ja tu nie przyjechałem łazić, tylko smażoną rybę zjeść!". To ja dziękuję za element warszawski w Bieszczadach. Stanowczo radzę kupic sobie jednak domek pod Wawą i nie zatruwać krwi Bieszczadnikom. Z całym szacunkiem, ale ta "prowincja" was nie potrzebuje.