W Roztokach mrok na schodach pustki w domu. Wchodzę do "Cichej Doliny" objuczony plecakiem, pod pachą niosąc kije. W środku tak czysto, że przez chwilę stoję oszołomiony. Szukam właścicieli, wykupuję nocleg w zbiorówce. Rozpakowuję się.

W schronisku (pensjonacie?) pustka. Oprócz mnie jakieś starsze małżeństwo. Anioły, na poddaszu płaczą, koty włóczą się po gwiazdach. Od myśli do myśli zmierzch zbratał się ze sobą.

Chcę zadzwonić do domu. Blokuję komórkę. No cóż w końcu zapamiętanie 4 cyforwego kodu jest trudniejsze niż znajomość np. magnetonu Bohra, bądź stałej dielektrycznej próżni. Ani chybi wakacje. Dzięki uprzejmości gospodarzy siostra podaje mi kod przez telefeon. Podczas tego wyjazdu zdarzy się to jescze kilkukrotnie.

Powoli dochodzi wrzątek. Pierwszy bieszczadzki kuskus. Pęcznieje, rozsadza menażkę, ogarnia cały świat. Wkrótce wszyscy umrzemy, ogarnięci kaszą jaglaną.
No dobra, trochę mi się wysypało na stół. Kot nie protestował.

Potem biorę prysznic i rozlewam wodę z mycia menachy. Wieczorem siedzę przy stole i myślę o niebieskich migdałach.

O poranku śnię o zapachu świeżego chleba. Marzenia. Kaszka jest i susz. Idę w góry cieszyć się życiem.

Podejścia pod Okrąglik nie pamiętam. Jakieś polany, trawy, bory. Zaczynam nabierać tempa, łapię rytm, tym razem spokojniej niż wczoraj.

Zanim się skapnąłem minąłem Okrąglik i byłem na Jaśle. Tyż piknie.
Wracam na granczny, ciągnę dalej. Gubię kapelusz. No cóż 3 lata temu zaczął w Biechach, więc niech tu spoczywa.

Las na granicy jest cudowny. Ostatecznie zielony, bezkompromisowow dziki. Żadnych spektakularnych widoków, nagrodą jest sam marsz. Jest sucho, wyschło po deszczu. Wododział.

Na podejściu pod Płaszę brakuje mi wody. Schodzę i napełniam manierkę do połowy w jakimś strumyku.

Dziwna sprawa, nie wiem jak to napisać. Zawracam z Płaszy na Okrąglik. Nie wiem dlaczego? Wtedy tłumaczyłem to brakiem wody i niechęcią do polegania na wodzie czeerpanej ze źródła. Ale miałem kocher, można było gotować. No cóż kolejna bieszczadzka osobliwość.

Okrąglik. W stronę Fereczatej. Idą tą samą trasą, co podczas "dziewiczego przejścia" w 2001. Co się zmieniło? Szlak jest bardziej zaśmiecony . Ja też. Szlak jest bardziej wydeptany, znużony. Ja też. Autoportret podróżny.

Z Fereczatej zejście paskudne, blocko czeka na błąd. Schodzę powoli posiłkując się kijkami. Potem okazę się, że i tak za szybko. Dochodzę do Smereka, łapię stopa do Wetliny. Znowu razem.