Rzeczywiście tak jak księżyc …”
relacja z jesiennej włóczęgi po Bieszczadach


Czerwiec był trudny, uczelnia utrudniała mi życie jak mogła. Z egzaminów zapadła mi w pamięć głównie analiza i elektryka. Wszystko jednak dobrze się skończyło, wrzesień wolny.
Studencki, wymarzony, legendarny wrzesień. Przy deszczowym lipcu i chłodnym sierpniu wrzesień jawił się niczym Ziemia Obiecana. Ile się nasłuchałem o wrześniu w górach? Ile się tego września naczekałem ?
Dość gadania, pora iść. Już czas. W domu kłócę się ze wszystkimi po kolei. Już nie mogę, muszę jechać, bo mnie rozniesie.
Plecak, śpiwór, kuchenka. Potem żarcie, stuptuty, kijki. Wreszcie reszta ciuchów i kurtka. Pierwsze dylematy. Brać Stachurę, czy Leśmiana? Droga do Sanoka długa, trzeba coś czytać. Brać przewodnik? Rewasz ciężki, ale ciekawy. Zawsze tak jakoś ciekawiej…
Ideą wyjazdu jest powrót do korzeni, żarcie na 14 dni targam ze sobą. (Jedyny wyjątek to pierogi z Dwernika). Namiot się schrzanił w ostatniej chwili, trudno pójdę bez. Zawsze będzie ciekawiej, a ja po górach nie biegam. Po Gorganach plecak ważący 15 kg to pestka. Tam było nawet 26. Drugi cel to rozpoznanie przed zimą pasma granicznego, poznanie trasy, noclegów i części trudności. Trzeci to oczywiście zaduma na kilkoma problemami.
Jadę przez Kraków, tam nocleg , w dzień do Sanoka, potem Wola Michowa. Pociąg pusty, w przedziale student Akademii Muzycznej. Pogadaliśmy, potem spać. Nie chce się poczęstować ciastkiem i patrzy wilkiem, choć widzę, że głodny? Czyżbym już tak bardzo „zbieszczadział” w ciągu 3 godzin? Bo przecież skoro masz plecak i jedziesz w Bieszczady to musisz być kieszonkowcem…
Kraków. Idę na Oleandry, do PTSM. W środku w najlepsze trwa impreza młodzieży z Niemiec. Boney M., Roy Orbison i jakaś techniawa na deser. Wszystko w dawce zabójczej dla mózgu. Siedzę w stołówce, szukam głębi w serku białym. Jak dotąd bezskutecznie. Słyszę jakieś białogłowy, wtem słyszę urywek: „w mojej drużynie” (jestem harcerzem). Dwa razy mówić nie trzeba, wkrótce do szukania głębi serek nie był już potrzebny. Zaczynam się przekonywać do filozofii, ona do fizyki.
Rano budzę się zmęczony, spałem za mało. Warto było, rynek nabiera uroku we dwoje. Szybko się pakuję, mijam „suszących” się Niemców i gnam na pociąg.
W pociągu kolejna kobieta – filozof. I znowu gadanie (głównie o Popperze i kryzysie teorii ogólnych w filozofii i potrzebie takowych w fizyce).
Sanok. Zamek. Beksiński i ikony. (nareszcie otwarty, poprzednio 3 razy nie zdążyłem). PKS. Wola Michowa. Latarnia Wagabundy.