Jak zwykle idę do PTSM. Jak zwykle czekam do 17:00 na schodach. Ostatnim razem było tak podczas Sylwestra. Dobrze mieć takie swoje schody, na których można usiąść i czekać. Takie miejsce do którego zawsze się wraca, nawet jeśli jest to nie po drodze.

W PTSM pusto. Po Wetlinie przemijają tabuny tubylców chcących odpocząć w cieniu gór, a w schornisku pustka. Jest kilku gości, ale oni zaraz wtapiają się w "Mgiełkę" ; wrócą dopiero ze świtem.

Tradycyjnie już proszę o Nienackiego. Podczas ostatniego zimowiska w Wetlinie nie miałem czasu przeczytać. Teraz mam. Na pierwszy ogień poszedł "Pan Samochodzik i Niewidzialni". Naiwne? Dziecinne? Trudno! Ile można się truć Stachurą? (choć to bardzo piękna trucizna).

Na obiad tradycyjnie kuskus + zioła. Na deser kisiel z czekoladą.

Siedzenie w schronisku, po wędrówce jest cudowne. Nastrój odprężenia jest cudowny, lenistwo jakie ogarnia człowieka kuszące, jak nie przymierzajac, miśka z Otrytu. Zmywanie menachy może poczekać, pranie może poczekać, wszytko może poczekać.

Idę spać na tym samym łóżku co zawsze.

Rano budzę się z ostrym bólem stawu kolanowego. Paskudny, paraliżujący nerwoból. Pojawia się w losowych momentach i ogrania całe podudzie. Makabra.
Szybki rachunek, skąd to się wzięło? (niestety moja ograniczona natura nie znosi pytań bez odpowiedzi) Odpowiedź jest krótka. Karkonosze w lipcu, niezaleczony reumatyzm w sierpniu, potem parę gleb przy zejściu z Fereczatej. Ecce homo...

Co robić? Dział odpada, bo za stary jestem na podobne głupoty. (czas pokazał, że jednak nie dość stary) Podjadę do Przełęczy Wyżniańskiej, stamtąd do Schroniska pod Małą Rawką. Kiedyś muszę tam wreszcie trafić, do n razy sztuka. (gdzie n E N<<10).
Wprowadzam w życie swój plan.

Najpierw jakiś opatrunek na kolano, coby je usztywnić. Jest elastyk, byle nie za mocno. Przedtem okład z altacetu, i jakaś maść rozgrzewająca. Na końcu jakiś APAP i dalej. Navigarre necesse est...

Do Przełęczy dojechałem stopem. Potem do góry. Jest makbrycznie, okresowo łapie mnie skurcz. Mija mnie potok ludzi, a ja spokojnie, z godnością kontempluję cudowne widoki i obiecujący ból w kolanie.

Wreszcie jest. Zrzucam plecak i piję herbatę.

Piję herbatę.

Piję herbatę.

Po 3 litrach, i jakiś 2 godzinach jestem gotów do myślenia. Proszę Michała o miotłę i zaczynam sprzątać izbę.

Tutaj czytelnikowi należy się chwila wyjaśnień. Nie jestem maniakiem czystości (przynajmniej nie tej rozumianej dosłownie). Po prostu lubię być użyteczny, nie cierpię siedzieć, gdy inni pracują. Stąd ta miotła. Zresztą teraz nie pamiętam, może byłem samotny?

Wieczór, korytarz. Z gór wraca wycieczka. Obiecuję sobie, że ja moich harcerzy tak g ór uczyć nie będę. Z błogim postanowieniem poprawy idę spać.