Miłym słuchaczom winien jestem pewne wyjaśnienie. Rawki okazały się zbyt kuszące, a głupota zbyt cicha by ją wyczuć.

Jednym słowem moje przygody byłyby niepełne bez uzuepłnienia

Piję herbatę. Rawki mamią. Herbata się skończyła. Pora wstawać. Plecak zostaje idę tylko w polarze i w kurtce.

Powolutku rozgrzewam mięśnie, jakoś tam łapię tempo. Wkurzenie za Pasmo graniczne wychodzi ze mnie, napalam się jak młokos i biegnę.

Nie cierpię biegać po górach. To idiotyzm, brak szacunku wobec współwędrowców, jak i gór samych. Biaganie niszczy mistykę, jakiej zawsze w górach poszukuję. Jak tu znaleźć wyciszenie i usłyszeć swój umysł (cholera znowu głupoty), kiedy koncentrujesz się na trzymaniu tempa.

No cóż trasę łykam ekspresowo, poprawiam PTTK o jakieś 15 min (wiem, że są lepsi), pomagając sobie kijkami.

Wreszcie Rawki, dumam nad swoją atawistyczną potrzebą wyżycia się i stygnę. Potem w dół, choć Kremenaros tak blisko.

Następnego dnia była niedziela. Odpocząłem, byłem na Mszy w Wetlinie, potem wróciłem stopem i wygramoliłem się na Caryńską.

Na cóż Caryńska to taka żona. Zawsze czeka na rozmaitych powsinogów z zupą i z cierpkim słowem. Na górze jak zwykle wiało, co akurat sprawiło mi dużo przyjemności. (W grudniu byłem przy zuepłenej ciszy i pełnym słońcu. Pzypiekało jak na lodowcu). Rozkoszuję się zimną herbatą (znaczy się wmawiam sobie, że się rozkoszuję), potem powolutku wtaczam się do Koliby. Przy czym wtaczanie się ma wymiar zarówno fizyczny jak i intelektualny. ( w końcu jestem studentem). Czuję, że jutro nóżki będą grały ostatnie tango w Bieszczadach...