Pakujemy się w samochody i gonimy w kierunku granicy. Przejście graniczne w Krościenku nieopodal Ustrzyk Dolnych służy głównie miejscowej ludności do zaopatrywania się po ukraińskiej stronie w tanie paliwo i alkohole.
Stanęliśmy posłusznie na końcu kolejki samochodowej która wiła się w kierunku budek z pogranicznikami. Już teraz widać że nie będzie to szybki przeskok przez granice. Dochodzi 19-sta wieczorem a plan zakładał dojazd do turbazy pod Pikujem.
Wolne tempo posuwania się kolejki rozwesela Rafał który 3 dni wcześniej stanął na slubnym kobiercu i na rajd przygotował się zabierając buteleczki z kokardkami. Załoga była już wesoła gdy stanęliśmy przed obliczem mundurowych. Polski pogranicznik wypytał nas dokładnie gdzie jedziemy i po co ? Turyści ? Na prawdę ???
W sumie trzy godziny oczekiwania na przejściu przestawily nasze zamierzenia.
Ale nic to - zaraz za granicą uzupełniamy płyny energetuczne (znaczy się wódkę i paliwo) i gonimy dalej, do Pikuja jeszcze ponad 100 kilometrów.
Dochodziła północ (naszego czasu) gdy skręciliśmy do miasteczka Turka z nadzieją że znajdziemy jakiś hotel lub tego typu bazę . Pytamy o to przechodzących na ulicy ludzi.
Nocleg ? Nie ma problemu - przenocyjecie u mnie w domu.
Ale nas jest ośmiu ?
Nie ma problemu - przenocujecie u mnie w domu - słyszymy w odpowiedzi.
A gdzie ty mieszkasz ?
Tut , niedaleko we wsi.
A ile to kilometrów ?
Około 25 (wzgledna teoria drogi!)

Pakujemy do samochodu naszego nowego znajomego i pędzimy po nocy szukac bazy.
Po dotarciu na miejsce nastepuje ogólny wieczorek zapoznawczy zakończony śpiewami " o zielonej Ukrainie " i ludowymi piesniami wyskakującymi z magnetofonu.
Przerywniki typu Daj Boh zdarow stworzyły niepowtarzalny klimat.
Dochodziła 3-cia nad ranem . Czs kończyć pierwszy dzień.