Woda z potoku wesoło bulgocze w kociołku nad ogniskiem zwiastując poranną kawę o smaku unikalnie górskim.
Ponieważ to już ostatni dzień więc plan narzuca życie : powrót do samochodów i cywilizacji. Po załadowaniu wspinamy się na boczne ramię pasma Pikuja lasem z polankami z których prześwituje widok na Starostyne. Na grzbiecie zrzucamy plecaki i wyciagamy spod krzaków ukryte grzyby które natychmiast wskakują do kociołka.
Drogą biegnącą stumykiem dochodzimy do wioski Husne Wyżne. Z pierwszym napotkanym samochodem negocjujemy podwieżienie do celu, ale okazuje sie że kierowca nie ma prawa jazdy i nie wyjezdża dalej poza granice wsi.
Kolejne negocjacje nie powiodły sie bo nie doszliśmy do jednej ceny.
Z cerkwi wypływa grupa osób po skończonym nabożeństwie ( jest niedziela ) , z tej grupy podchodzi do nas starszy gość który zaczyna rozmowę. Okazuje się że jest polskiego pochodzenia a brata ma koło Zielonej Góry , nie zdążył wrócić po wywiezieniu na roboty do Niemiec bo zrobili granicę polsko-radziecką. Ot jeszcze jedne poplątane historie ludzkie.
Ten sympatyczny starszy pan przekonuje nas że do celu ( wieś Biełasowicze) najprościej dojść na piechotę.
Jak długo trzeba iść ? - pytamy
Niedaleko , niedaleko.
Wzgledność czasu miejscowych ludzi.
Za radą robimy 1,5 godzinny skrót do Kryłki gdzie dwuosobowa delegacja kierowców bierze kurs na samochody , a reszta z plecakami schodzi do wsi.
Z dala widać spory budynek "turbazy" w Kryłce i przychodzi myśl że moze tu jeszcze kiedyś wrócimy.
Na razie wracamy do samochodów i pedzimy po resztę grupy aby jeszcze po przejechaniu 120 km i odczekaniu 30 minut na granicy wrócić do kraju.

Dziękuję za cierpliwość przy czytaniu tych dłużyzn.

P.S. Fotoreportaż znajdziesz klikając:
www.marfot.pl/pikuj/pikuj.html