Moje spotkanie z wilkiem, wprawdzie tylko przez szybę (albo na szczęście), miało miejsce wczesną jesienią na terenie ośrodka wczasowego, wybudowanego na skraju bardzo rozległego lasu. W pierwszych latach istnienia ośrodka, można było podziwiać, kicające po jego trawnikach zające, pod nogami plątały się jeże, a nad głowami w gałęziach drzew dzikie harce wyprawiały wiewiórki. Odwiedziła nas również locha z trójką pasiaków. Pewnej nocy usłyszałam chrzęst zjadanych kości, które pozostawiła na werandzie nasza suczka. Zaintrygowało mnie to, tym bardziej, że ośrodkowy pies nigdy nie był na noc spuszczany, a nasza „piękna” cichutko skamląc schowała się pod najgrubszy śpiwór. Raczej powinna była zrobić awanturę, że ktoś rusza jej gnaty. Ostrożnie odsunęłam zasłonkę (a okno było weneckie) i zabrakło mi powietrza w płucach. To nie żaden pies, tylko najprawdziwszy, przepiękny basior spokojnie się pożywiał pod moim oknem. Postawiłam na nogi cały dom (oczywiście bezszelestnie, a mamy w tym wprawę) i mój kolega, leśnik potwierdził, że to nie omamy. Wilk był wychudzony, miał bardzo zmierzwioną sierść, widać było, że jest już wiekowy. To widowisko trwało parę minut, wilk spokojnie odszedł w las, ale na długo zostało mi przed oczami. Nadmienię tylko, że kilka dni później przeczytałam w prasie, że leśnicy widzieli samotnego wilka, prawdopodobnie odrzuconego przez stado (starość nie radość) wędrującego przez ten właśnie kompleks leśny.
Pozdrawiam
Ewa