W Bereżkach wylądowaliśmy około 14. Potem godzinka marszu po spływających wodą górach. (tzw trek-up-rafting). Kumple nie wierząc w moje zdolności orientacyjne nie zaryzykowali skrótu. Po drodze minęli nas Goprowcy. Po nocy w pociągu nie mieliśmy ochoty na wyścigi.

W Kolibie było jak zwykle doskonale. Przez całość wyjazdu powtarzaiśmy hasło : "a mogliśmy lurka zostać w Kolibie". Podstawą roztrząsań egzystencjjalnych były subtelne różnice pomiędzy : Kaszubami, Galicją a Poznaniakami. Kot korzystał z okazji i ciągle próbował uciec w plecaku. Tradycyjna nasiadówa, połączona z rzężeniem (śpiewem to ja tego nie nazwę), wreszcie nocleg. Koliba chyba schodzi na psy: już 3 abstynentów jednocześnie uchodzi z życiem.

Rano wstawało się ciężko. Zwłaszcza deklaracje o "szybkim wyjściu" i "sprawnym pakowaniu" cieszyły się sporym uznaniem rezydentów.

Wreszcie pierwsze kroki pod górę. Caryńska.

Zrazu powoli, ponieważ wilgotność była zabójcza (był lekki plus). Potem coraz raźniej. Po drodze kilka razy prowadziłem" na czuja". Kto zna znakarzy z Leska, ten wie.

Na górze wieje. Zimno. Śnieg wciska się wszędzie. Ręce nie otulone marzną momentalnie. Na brodzie osadza się szron. Termos parzy jak szalony, a plecak działa jak żagiel. Idziemy po zmrożonej połaci, dookoła mając tylko mleko. Wszelkie widoki możemy sobie tylko wyobrażać.

Wróciłem do domu. A może nawet z niego nie wyszedłem.

Wreszcie zejście do przeł Wyżniańskiej. Po drodze spotykamy jakieś dziewoje. My - z plecakami, stuptutami, goglami, kijkami. One - w dżinsach, bez mapy.
Uczciwie ostrzegliśmy je przed warunkami panującymi na górze. Planowały zejść potem do Beregów, pomimo późnej pory (jakaś 15).

Zejście makbryczne. Świeży, wilgotny śnieg pokrywa lekką powłokę lodową. Woźny zdobywa miano czołgu. Pendzel zdradza swój elficki rodowód. Ja piję herbatę.

Pendzel po drodze doznaje swojej pierwszej manii militarnej. Zdobywa kij na lesie i dzie przeczesywać teren. Ubrany w moro.

Nic dziwnego, że na dole zatrzymała nas SG.

Potem kawałek "Rawkostrady" i bacówka. Zamawiamy glebę. Tej nocy nie pośpimy. Klimatu nie ma. Ludzie tylko piją, nikt nie śpiewa. Nie gada o górach. Jakiś pan śni swoje sny o Himalajach. Miazmaty alkoholowe uderzają o sufit.
Czerwieniejące góry nie interesują nikogo. Bezmiar jałowości współczesnej tzw inteligencji poraża. Co jakiś czas ktoś potyka się o mój śpiwór. Mówię Patrycji o dziewczynach. Zasypiam pełen złych przeczuć.

W przerwach spania jem jajecznicę.

Wreszcie wkurzony kładę się na ławie w przedsionku. Woźny i Pendzel będą mieli rano zabawę.

Jutro marzenia splotą się z rzeczywistością. Jutro będziemy szukać zaginionych tropów własnych złudzeń. Jutro rozstrzygnie się wszystko.

Dziś już spać.