Rano obudził mnie mróz. Wbrew temu co się sądzi, w zimnie spać się nie da. Organizm broni się przed snem w niekorzystnych warunkach. Dopiero poddanie się bebechów zwiastuje hipotermię i sen ostateczny. Jeszcze kilkukrotnie ta prawda da znać o sobie.
Odmroziłem palec u lewej ręki. Przeszło.
Okazało się, ze Woźny i Pendzel szukali mnie po całym schronisku. Woźny sugerował kibel, Pendzel dziewczyny z Warszawy. Znali mnie lepiej niż ja sam.
Rano kaszka, orzechy, morele. Potem napełnić termos herbatą i "avanti". Toaleta ograniczona do minimum. Dojeść kisielkiem, tak by kaszka nie przeleciała przez żołądek.
Na dole makabryczna wilgotność. Idziemy w samej bieliźnie, jest lekko na minusie. Parujemy jak stu atletów, co zjadło sto kotletów. Toruję szlak, ze względu na najlżejszy plecak.
Po drugich schodach wreszcie kawałek prostej i zaczyna się prawdziwy bal. Temperatura powoli spada, zmrożony śnieg dobrze trzyma. W ostatnich krzakach przed Małą zakładamy kurtki.
Na Rawkach jak zwykle wieje. Solidna zamieć, znowu mleko. Faceci mieli nadzieję na widoki, a tak musimy zgrywać intelektualistów, którzy nie dla takich "niskich przyjemności" chodzą. Warunki byłyby Alpejskie, gdyby nie
a) brak widoków
b) niska wysokość
Jestem pełen szczerego podziwu, dal wszelkich niedizelnych turystów, którzy bez przygotowania lezą na górę. Nam, w stuptutach i w membranach było siarczyście. A dreptakom w dżinsach i adidasach?
W bieli nie widać granicy Połoniny, nie widać nawet granicy marzeń.
Idę na czuja, szlak jest tylko sugestią. Zamarźnięte ślady poprzedników są trudne do odczytania. Chłopaki patrzą na mnie jak na Biblię. A ja tu byłem tylko dwa razy.
Jest mi cudownie. Zawieszony pomiędzy bielą jestem tylko promykiem na widnokręgu.
Gogle zamarzają. Kurtka robi się pancerna. Na brodzie osadza się szron.
Zupełnie na czuja szukamy słupka nr 13, za Wielką Rawką. Cofamy się, poprawiamy. Wreszcie jest. Skręcamy na Kremenarosa.
"Albo znajdziemy drogę. Albo ją wytyczymy."


Odpowiedz z cytatem