Ubaw po pachy. Śnieg też. Na początku kawałek przewianej grzędy, potem w dół, w biały tunel. swiatełka nie było.
Jest bosko, śnieg po pachy po pierś. Idziemy powoli, spotymkamy grupę turystów z UG. Zachęceni naszymi dokonaniami zawracają i samotność jest kompletna. Czysta medytacja, mająca posmak twardej walki.
Z początku idzie Pendzel, wręcz ślizga się po śniegu. Potem ja, statecznie, niczym matrona (albo Matragona). Na końcu Woźny, po jego przejściu przynajmniej nie mamy sznas się zgubić.
Powoli dochodzi południe, my dalej pełzamy. Mijają godziny, tempo ślimacze.
13:30 Zarządzam postój. W takich warunkach przejście zabrałałoby nam około tygodnia. Mamy trzy. Dziś wypoczęci, wprost ze schroniska, jutro po noclegu w namiocie może nam się nie udac. Zawrócić nie ma jak.
Jestem za cofnięciem się. Patrycja mówiła, że od paru dni nikt nie robił granicznego z Kremenarosa na Rabią. Mamy prawo pierwszej nocy.
Woźny zgadza się ze mną. Za długo się znamy, by dyskutować o oczywistym.
Po drodze mija nas para na turówkach. Zazdrość i bezsilność. Oni zjadą do Kremenarosa i wrócą. My mając narty (albo i tylko rakiety) dociągnęlibyśmy do Rabiej.
Pendzel zamyka się. Zgadza się, nie chcąc wchodzić w konflikt z resztą.
Zawracamy.
Już po kilku krokach czuję ulgę. Idziemy na Rawki, tam zadecydujemy. Czuję się jakbym zdjął ciężar z barków. Decyzja była dobra.
Pendzel nauczył się właśnie zawracać. Woźny i Ja znamy to uczucie. Paskudne, trzeba zrezygnować ze swojej wizji. Najtrudniej jest przyznać się przed sobą do żalu. Żalu z powodu bezsilności.
Z Rabiej skręcamy na Dział. Jest ledwo przechodzony, szlak jest bardzo subtelny. Płytkie ślady są zawiane.
Dział jest piękny. Mróz wyrzeźbił jodełki w zimowe szaty. Wszystko ejst białe i szyste. Jest cicho i mroźno. Zapada zmierzch. Dla takich chwil chodzę zimą po górach.
Na Dziale, w okolicach 3 polany rozbijamy namiot. Wkopujemy go. Zaczynamy gotować.
Jem chałwę.
W pewnej chwili Woźny łapie swoją kuchenkę i biegnie z dla od namiotu. Z ręki bucha mu elegancki płomień. Gorzej, że płomień kończy się około 1 m nad Woźnym.
Woźny wyłącza kuchenkę i wrzuca ją w śnieg, chcąc ją zagasić. Dojadam chałwę
Zostaje nam tylko moja maszynka. Zaczynam się zastanwaić jakby to było na granicznym. Gotujemy kuskusa i wodę na herbatę na rano. Wszystko idzie nam powoli, zaczynamy zamarzać.
Śpimy na dwóch NRC, potem karimaty. Ja i Pendzel mamy Scouty Robertsa (mój i siostry) Woźny ma Penguina starego Alpinusa. śpiwory się zsprawdziły, taki nocleg jest do przeżycia, pod warunkeim zminimalizowania kondensacji.
Śpimy z wodą na rano w nogach, w czpkach i rękawiczkach. W namiocie temperatura w nocy zeszła chyba do -3.
Przed snem gadamy o kobietach. O życiu. O kobietach. O górach. O kobietach.
Zasypiam. spię niespokojnie z przerwami na dreszcze.
Kondensacja pary wodnej makbryczna. Zapomnieliśmy zdjąć wywietrznik od Marabuta. wszsytko jest wilgotne i zlodowaciałe.
Buty jak skorupy, tzreba je włożyć pod polar, żeby trochę odtajały i dąły się nosić.
Do Pendzla powoli dociera rozwaga decyzji.
Trzeba się ruszać, rozetrzeć palce u nóg, wypić herbatę. Wstawić wodę na śniadanie. Wszyscy żyją. Nikt nie ma poważniejszych odmrożeń. (z wyjątkiem palcow i koncówek nosów).
Po solidnej dawce kalorii (kaszka, muesli, kuskus, chałwa, czekolada) polepsza się nam. Idziemy w stronę świata. To co było pod Kremenarosem pozostanie naszą własnością.
Tutaj dygresja.
Parę lat temu na skutek załamania pogody cofałem się z Wetlińskiej ( w lutym). W grudniu wróciłem tam z Borasem i przeszliśmy ją.
Może ta wyprawa jest tylko prologiem przed Granicznym właściwym. Zaczynam snuć marzenia. Tury, solo. Może w grudniu 2005?


Odpowiedz z cytatem