Śniadanie skromne, zapijane tylko wczorajszą herbatą. Likwidujemy biwak.

Powloi się przejaśnia, mleko odpuszcza. Dział nie słynie z szerokich panoram, ale lepsze to niż "peregrynacje intelektualne".

Mijamy kolejnych turowców. Zazdrość jest wręcz namacalna. Przepraszamy za przebity miejscami tunel.

Dział jest ciekawy. Pomimo kilku prób jestem tu po raz pierwszy. Śnieg dziwny. Miejscami zmarźnięty (szreń), miejsach wilgotny, muldziasty. Woźny zawziął się i nie chce dzielić się namiotem.

Po drodze mijamy jakąś makbryczną kawalkadę. Około 3/2 godziny od Wetliny, mniej więcej w 30 cm śniegu mijajają nas

a) komandosi (oczywiście mój cywilny ubiór budzi ich pogardę. moro Pendzla entuzjazm)
b) dziewczyny w trampkach (dajemy swoje lighsticki)
c) jacyś "kuracjusze".
d) ludzie z "pyfkiem"

Jestem przerażony. Dochodzi 14, do Rawek zostało im około 3h drogi. Bez stuptutów, map, światła, ani napojów. Na moje uprzejme uwagi o stanie szlaku zareagowano śmiechem. Do końca dnia struje mi to humor (los tych ludzi, nie śmiech).

Co najśmieszniejsze ludzie z pifkiem, lekko "zamgleni" zawracają dziękując za radę.

Widoki bajeczne. Pejzaże kreślone mrozem, podane w stosowncych aranżacjach (krew pot i łzy) okazują się idealnym odpuszczeniem win.

Do Wetliny zbiegamy goniąc Pendzla, ostrzeliwującego się zza węgła.

Na dole meldujemy w GOPRze nasze oobawy. Tyle mogliśmy zrobić. Dzięki Bogu wszyscy wrócą.

W Wetlinie poszedłem do PTSM. Jak zwykle czekałem na Godota (na schodach)
We wrześniu było bardzo sympatyczie. W grudniu czeka mnie makabra. Nocne śpiewy chóralne, mgiełkowicze, wóda w kadrówce hacrerzy. Chyba jestem za stary na takie imprezy. To ja wolę noc w namiocie, nawet z groźbą odmrożeń. Jutro chcemy iść na Połoninę.

Na razie trzeba oszacować starty. Odmrożenia odpuściły. Namiot trzeba przesuszyć. Śpiwory wywietrzyć. Potrzeba ciepłego posiłku jest mniej nagląca.