Po krótkiej pogawędce z panem Markiem i po mignięciu się od kelycha (autko ) odpalilismy maszinu...Papa...Jadziem...Najpierw powoli jak żółw ociężale... Sprawdzam na ile można sobie pozwolić w tych warunkach...Młody tymczasem grzechocze obok mnie kasetami, szukając jakiejś klimatycznej muzy...Za jabłonkami zaczęła sie biała droga...Może by tak założyć łańcuchy? Eee tam...Przed chwilą zap...ł ( bo inaczej tego nie nazwę) z górki maluszek na tutejszych numerach...Przejechał serpentyny to ja tez I rzeczywiscie podjazd bez problemu, potem z górki...Młody dalej miesza w muzyce...Zakręt...Trzeba lekko wyhamować..."O K...*!!! O K...*!!! ja p...*!!! "jadę prosto!!! mimo skreconej kierownicy! Barierka coraz bliżej! Ostatni ratunek:Prawe koła na pobocze...Uff...Złapałem przyczepnośc... "Niech będzie Czyżykiewicz...Coś mówiłeś Bracie?" -Bizonek wrócił do rzeczywistości :) "eee...własnie byśmy wylecieli na zakrecie..." Duzo wolniej przejechałem do końca serpentyn...W Cisnej postój...Uspokoić moją wyobraźnie...I gdzie teraz braciszku? Dwie opcje...