Idzie się dobrze. Po 20 minutach warkot silnika z tyłu. O dziwo jedzie pług. Zatrzymujemy go, chcemy się zabrać. Pługowy mówi, że na razie on tylko kawałek i zawraca. Będzie wracał jeszcze raz, to wtedy może nas zabrać. Idziemy dalej. Gościowi chyba zrobiło się nas żal, bo pogonił pedałem koniemechaniczne i niebawem przy nas był jeszcze raz. Zawsze w Bieszczadzie chodzę podpierając się bukowym kosturem. Tak było od początku tego pobytu. I tu zdziwienie: „z kijem nie zabieram, kij musi zostać” Kij jest taki długi, że nijak bym się nie zamachnął w kabinie traktora. Ale jak nie, to nie. Z żalem zostawiam go przy drodze. Przy okazji wywijam pięknego orła. Leżę jak długi.
Zabiorę go jak będę wracał. Z wielkim trudem gramolimy się z Barnabą do szoferki. Gość mówi nam, że z drugiego końca drogi mielibyśmy bliżej, ale odpowiadamy, że chcieliśmy się przejść. Traktorem trzęsie jak cholera, dupa boli, bo siedzę na jakiś łańcuchach albo innych ajzolach /słowo rodem z Pyrlandii/. :P C.D.N.


Odpowiedz z cytatem