No, z tym niespaniem i niejedzeniem to Jedyna przesadziłaś. A zwłaszcza z tym niepiciem. Wykończysz się dziewczyno od tej tęsknoty.
Byłem w Bie pierwszy raz w 1971 na obozie z liceum. Lato było upalne, bąki cięły jak wściekłe, mokro, glina. A wogóle to z braku skał nie było się na co powspinać. Do dupy. Powiedziałem sobie "nigdy więcej".
Potem miewałem kilkuletnie przerwy, ale jakoś zawsze wracałem.
Kiedy spaliła się chata na Otrycie prosiłem, namawiałem: odbudujmy gdzie indziej, np. w Ciechocinku. Przy szosie, z dojazdem. Nie! Uparli się napaleni smarkacze, żeby się mordować na końcu świata. Taplać się w glinie, moknąć i męczyć się. I po co? Żeby postawić namiot z desek 500km od domu. Po co? Żeby teraz, kiedy już chata stoi tłuc się autem przez pół Polski, potem pluć zadyszką mieszczucha pod górę i wreszcie, żeby spotkać tam takich samych idiotów i śpiewać z nimi jakieś kretyńskie, egzaltowane piosenki o widoku gór na rozstajach (na rozstajach to są kałuże).
I jeszcze rozumiem młodych, bo głupi. Poza tym czego to nie zrobią, żeby sobie postać tyłem do siebie jak te robale. Ale, żeby faceci koło 50-tki? To nie jest normalne, to jest bakcyl.