Dyskutujecie Panowie o restauracji starych kultur w Bieszczadach - i fajnie, tego też tam brakuje (jak i wielu innych rzeczy). Nie zauważacie jednak realnej groźby. Otóż nie
jestem wytrawnym "bieszczadnikiem" ale od ponad 20 lat spędzam wszystkie urlopy pływając po Solinie. I ogarnia mnie przerażenie, gdy widzę w jakim tempie Solina obrasta
w siedliska różnego autoramenu "daczowników". Nie wiem jakie to układy działają, ale
od strony wody daje się zauważyć pewną prawidłowość. Rzecz zaczynają leśnicy, robiąc planowe (?) przecinki wzdłuż brzegu. Czyli idzie ciężki sprzęt i już jest podbudowa pod drogę. Następnego roku już idą prace nad utwardzaniem drogi. Gdy droga jest już gotowa, to zaczyna się wielkie budowanie.
Urok Soliny polegał na tym, że jedynie w paru miejscach drogi dochodziły do brzegów
zbiornika. Na całym odcinku odnogi Sanu (poza leżącymi w głębi Teleśnicą czy Hrewtem) żadna droga nie dochodziła do brzegu. No, poza siedliskiem Wiktoriniego a potem Brosa. Jeszcze dziesięć lat temu w Hrewcie były cztery chałupy na krzyż i małe pole namiotowe. Dzisiaj zaś, cała prawa strona zatoki Czarnego jest już gęsto zabudowana. Patrzeć, jak zaczną się budowy po drugiej stronie. Panowie Woprowcy też sobie wybudowali cudną hacjendę vis a vis Skalistej. Na Horodku też już na ukończeniu budowa pesjonatu. A był to taki cichy i urokliwy zakątek. Całe szczęście, że
mam już swoje lata i może nie doczekam czasu gdy okolice Soliny staną się tak urocze jak nad Zegrzem. Ale współczuję potomnym - im pozostanie oglądanie starych zdjęć.
Zatem Panowie - pstrykajcie, pstrykajcie aż do zapełnienia kart pamięci Waszych aparatów.
Żeglarz z Barrakudy