Wyobraźcie sobie, że jadąc w Bieszczady (ci co nie z Bieszczadu) na drodze wylotowej z Zagórza na Komańczę, z Leska na Baligród, z Polańczyka na Wołkowyję i Ustrzyk Dolnych na Czarną stoją znaki "Zakaz wjazdu". Musicie zostawić maszyny a dalej jedziecie tylko furami zaprzężonymi w konie. Po drodze zatrzymujecie się na popas w przydrożnych knajpach, zajazdach: bojkowskich, żydowskich... W nich spanie w prymitywnych warunkach, przy rozpalonym kominku lub piecu kaflowym (takie to mieli coprawda tylko Łosianie z Beskidu Niskiego). Do jedzenia otrzymujecie jadło według receptury z XIX lub początków XX wieku... Przejeżdżacie przez Przełęcz Żebrak a tam wita Was żydowski karczmarz i zaprasza na koszerne dania i szklaneczkę siwuchy. Wędrujecie tak od zajazdu do zajazdu zapomnianymi leśnymi drogami przez zagubione miejscowości... Z zajazdów oczywiście można robić piesze wyprawy w góry lub biesiadować do rana przy bojkowskiej muzyce i zabawach...
W okresie świąt uczestniczyć w obrzędach ludowych, trafiać na weselisko...
Patrzcie ile korzyści:
1. ochrona środowiska i dóbr kultury
2. poznawanie kultury mniejszości
3. powrót do natury
4. kasa z "najazdu" głodnych takiego życia przez 2-3 tygodnie bogatych, sfrustrowanych Niemców, Francuzów, Amerykanów...
5. zachowanie tradycji i kultury tych ziem
6. multum miejsc pracy przy obsłudze (dlaczego mają niektórzy jeździć do Eurodisneylandu i przebierać sie za Myszkę Miki i Kaczora Donalda jak tu na miejscu można odegrać wesele, napad Węgrów na podróżujących)
Co Wy na to? Dla mnie co prawda i tak jest to zbyt radykalny pomysł, ale by pomóc ludziom z regionu ścierpiałbym i to! :( :)
All rights do pomysłu reserved
Pozdrowaśki, Wojtek


Odpowiedz z cytatem