Mój pierwszy raz z dziećmi - starszy 5 lat młodszy w oczekiwaniu (7 miesiąc), drugi raz - starszy 8 lat młodszy prawie 3. I odtąd co roku. Namiot, jedzenie na ognisku, mycie w Osławie, zakupy kolejką w Rzepedzi (biegiem, pół godziny postoju, bo inaczej powrót na piechotę). Nie mieliśmy autka. Wycieczki na maliny, na Jasieniową, do Jeziorek Duszatyńskich. Jak były trochę starsze to do bazy Rabe (nocleg) i przez Mików powrót. To tam przy zejściu z Chryszczatej usłyszałem od młodszego "rodzice, czemu tak mnie katujecie". Ale pobyt biwakowy był na tyle atrakcyjny, że przez resztę roku dzieci bawiły się w kolejkę wąskotorową, biwak itd. Na lekcjach przyrody bezbłędnie rozróżniały ptaki, gady, płazy i inną padlinę nie nadającą się do jedzenia. Ich ciekawość miała nieraz emocjonujące konsekwencje: do starszego dwa razy wzywałem pomoc śmigłowcem (droga do Duszatyna nie zawsze była przejezdna). Raz wsadził sobie toporek pod kolano i było konieczne szycie, drugi raz dość miał zaskrońców i padalców i postanowił złapać żmję zygzakowatą. Odpilnował ją i szybkim ruchem złapał tuż za głową. Ona jednak była szybsza. Dobrze wiedział co łąpie i jakie mogą być konsekwencje. Skończyło się na tygodniu w szpitalu w Sanoku.
Teraz chłopaki są już dorosłe i nadal nie wyobrażają sobie wakacji bez Bieszczad. I ciągle chcą jechać ze "starymi".
Nie należy własnych ambicji realizować kosztem dzieci. Dajcie dzieciom dzieciństwo.
Długi


Odpowiedz z cytatem