Raczej jako anegdota...
Ponad 15 lat temu całą klasą (30 osób!) postanowiliśmy zgodnie uczcić w Biesach szczęśliwe zdanie matury. Na dworzec przybyło "aż" pięć osób - trzy dziewczyny, które jechały w JAKIEKOLWIEK góry pierwszy raz w życiu, oraz dwa "etatowe" biesołazy - koleś i ja. Laski podeszły do sprawy ambicjonalnie, wobec czego w tydzień zrobiliśmy trasę wzdłuż pętli bieszczadzkiej od Ustrzyk Dolnych do Cisnej. Na szczęście nie asfaltem :D Wyglądało to tak, że panie wyruszały o 6 rano, a panowie o jakiejś 10-12 - jak kac pozwolił Spotykaliśmy się dopiero w kolejnym PTSM-ie, a rozmowy wyglądały mniej więcej tak: "A widziałyście po drodze to uroczysko / cerkiew / knajpę?" "Eeee... nieee... a było coś takiego?"
Ze stachanowcami innego typu przeżyłem gehennę podczas wspólnej wyprawy w Riłę. Zawzięte chłopaki z błyskiem w oczach przygotowywały się do każdego wyjścia jak na wojnę. Strategie, plany, prowiant, mapy. Trasa z zegarkiem w ręku. W przypadku spóźnienia kolejny odcinek musiał być pokonany biegiem, nawet po skałkach. Wejścia na Musałę nie pamiętam, bo ledwo żyłem
Człowiek uczy się na błędach. A na takich błędach uczy się nad wyraz szybko Cieszę się, że większość forumowiczów ma podobne podejście do górskich "wyczynów" Ale temat ciekawy, więc dzięki, Wojtku, za jego sprowokowanie :D