Zatem i ja się podzielę moimi "najdłuższymi" trasami.
Pierwsza to klasyka bieszczadzka, czyli odcinek Komańcza - Cisna (a w zasadzie baza pod Honem). Żaden to wyczyn, bo ani czasu nie mieliśmy rewelacyjnego, ani doległościowo nie jest to trasa jakaś nadzwyczajna) ale miało byc o najdłuższych więc jest. Ponadto na zawsze chyba nie zapomnę biwaku na Chryszczatej. Piwko, jakiś obiadek ugotowany na kuchence, ładna pogoda, mili turyści - słowem przesympatycznie. Chodż sam odcinek w zasadzie pozbawiony widoków, to miło go wspominam, choć drugi raz raczej sie nań nie wybiore.
Kolejna "najdłuższa" trasa, to Przysłup - Małe Jasło - Okraglik z Okraglika stokówką (starym czerwonym szlakiem) wyszliśmy przy retortach powyżej Strzebowisk i kurcze tam popełniłem największa gafe w moim życiu. Otóż zachciało mi się iśc stokówką na skróty do Smereka. Niestety stokówka po poczatkowym przebiegu zgodnie z azymutem po pewnym czasie skierowała nas spowrotem wzdłuż drogi przy retortach i wyszliśmy na asfalt ok 5 minut drogi od retort, a szliśmy ok 1,5 godziny
Potem już spokojnie doszliśmy do Smereka, autostop do Wetliny. W wetlinie w CHacie Wędrowca obowiązkowy nalesnik "Gigant" i równo o 19.00 Wychodzimy na szlak ku Przełęczy Orłowicza. Schodzący z góry ludzie pukali sie w czoło jak odpowiadaliśmy na pytanie dokąd idziemy, a celem była Chatka Puchatka.
Ok. 21 byliśmy na Przełęczy Orłowicza i dalej przy swietle jednej czołówki na dwóch ruszylismy dalej. Ok 23 dotarliśmy do Celu. Nigdy chyba nie zapomnę widoku rozgwieżdżonego nieba, bo takiego nieba jeszcze w życiu nie widziałem. Niezapomniany zostanie też majaczący w dali blask świateł Chatki Puchatka oraz przygnebienie jakie mnie ogarneło gdy owe światła zgasły gdzies pół godziny przed osiągnięciem celu. Poczułem się wówczas jak samotny żeglarz, któremu zgasło światło latarni morskiej.
Generalnie tę trasę wspominam najmilej, choć zmagałem sie wówczas z bólem w kolanie.

P.S.
Nota'bene mój avatar własnie pochodzi z tej drugiej wyprawy a zrobiony w okolicy Małego Jasła.