Wróciłem w niedziele wieczorem. Zmęczony - ale z pełnym akumulatorem naładowanym przez ciepłe promienie słoneczne.
Piękny śnieg : dosłownie (widokowo) i w przenosni (bo twardy i nie zapadał się)
Mocno rozgrzewające podejścia i wietrzysto na granii.

Jedyny smutek przynosił wiatr na Paraszce zdmuchując symboliczne świeczki ustawione pod metalowym krzyżem .

Zero ludzi.