Znowu coś wrzucę... dawno, dawno temu
To, co opiszę jest z jakąś tam domieszką humoru, chociaż wtedy przez sporą chwilę do śmiechu mi nie było.
Gdzieś na trasie Dołżyca - Jaworzec odbiłem w jakąś nikłą ścieżkę by zobaczyć gdzie idzie. Ścieżka wchodziła w pewnym miejscu w spore krzaczory w dodatku kłujące i musiałem iść mocno zgięty a czasami nawet na czworaka. Wierzyłem, że to musi gdzieś się skończyć. By się nie podrapać założyłem kurtkę i kaptur na głowę. Przedzierając się usłyszałem, że w moją stronę też coś się przedziera. Szybkie myśli… to ścieżka dzikich zwierząt, na pewno to niedźwiedź, co robić? Szybko myślałem jak należy się zachować, popuściłem pasek od plecaka by w razie czego go zostawić… może połaszczy się na jedzenie?
Zatrzymałem się i nadsłuchuję, cisza…. przedzieram się dalej. Słyszę znowu… wyraźnie coś się przedziera w moja stronę i to coś dużego, bo szuranie o krzaczory dosyć spore. Zatrzymuję się, słucham… cholera, cisza. Myślę sobie tak… nie śpieszę się, chyba, że później poczekam aż to coś wejdzie na mnie, jak niedźwiedź to ja mu rzucę plecak, sam w nogi a jak mnie dorwie to kulę się, ręce na głowę… wtedy tak kombinowałem.
Przykulony (w drugą stronę) w pozycji sprintera, z walącym sercem słyszę jak to coś ruszyło, przedziera się, sapie i nagle wyłania się… też skulony, z przypakowanym dużym plecakiem turysta.
Zatrzymał się i powiedział, że słyszał szuranie (krzaczorów o moją kurtkę), też nadsłuchiwał i ruszył z duszą na ramieniu. Także… popuścił sobie paski w plecaku J
Pogadaliśmy trochę. On myślał, że sobie drogę skróci a tylko się namęczył.
Być może był to bardzo stary zarośnięty czarny szlak, a może ścieżka po której łażą zwierzęta?