No to jeszcze jedna historia, tym razem sprzed kilkunastu lat...
to bylo po 3 chyba klasie liceum, sierpień 1988... pierwsze Bieszczady, już nie tak dzikie jak wcześniej ale jeszcze nie tak zabudowane jak dziś, choć na szlakach wiary bylo o wiele więcej, wiary tzw "plecakowo-jucznej"...
to byl już któryś dzień wędrówki, szliśmy z cisnej prze jaslo do Smereka, w smereku weszliśmy na tory wąskotorówki, a te zaprowadzily nas do studenckiej bazy gdzieś w okolicach starego siola, nad rzeką. Tam rozbilismy się po bożemu i bierzemy się za gotowanie jakiejś strawy. W breżniewce skończyla się benzyna, ale mieliśmy jeszcze taki gadżet na denaturat... niestety ten też byl na wyczerpaniu, więc rozejrzeliśmy się po sąsiadach. obok bawila się dobrze grupka "harleyowcow" (glównie CZ i MZ), więc podchodzimy i pytamy grzecznie czy nie mają denaturatu pożyczyć. 'Owszem' odpowiada jeden z nich, po czym wola do kolegi "Gienek, przynieś denaturat bo chopaki chcą się napić!"
Nadmieniam, że denaturat spożytkowaliśmy w celach "kulinarnych", a z tej nocy zapamiętalem jeszcze piosenkę śpiewaną przez "harleyowców", której refren lecial tak: "Uła, uła, Uła, uła, pedalują pedzie" :)


Odpowiedz z cytatem