W mojej macierzystej firmie trza na dymka wychodzić na zewnątrz. I dobrze. Ale jedyną - prócz mnie - palącą w firmie osobą jest tleniona blondi z działu sprzedaży. Ma kolczyk w nosie, goły brzuch i "mercedesa" ze stringów. Jest z innej bajki, nie przepadamy za sobą, ale za sprawą nałogu często wyciągamy się wzajemnie na dwór. Dziś przy peciku panna serwuje mi tekst:
- Wiesz, jutro jadę w Bieszczady.
- Eeee... - reaguję jak zwykle błyskotliwie. Po chwili zdobywam się jedynie na równie absurdalne pytanie:
- A po co?
Dziewczę nie zwleka z odpowiedzią.
- To ma być taka romantyczna podróż. Chyba mój narzeczony mi się oświadczy...
W sumie fajnie. Łapię oddech.
- A dokąd jedziecie?
- Hmmm... - marszczy się panna. - Jakaś taka wiocha... Coś od krowy...
Teraz ja się marszczę. Rzucam parę nazw, ale pudło. Na co ona:
- Poczekaj, zadzwonię do lubego.
Odchodzi "w drzwi prawe". Wybiera numer. Rozmawia przez chwilę. Wraca z triumfalnym uśmiechem.
- Już wiem - Muczne!


Odpowiedz z cytatem