Z przygód czysto bieszczadzkich niewielę przytoczę, bo się teraz po ponad 12 latach wybieram, zdeptawszy wcześniej Jurę i Beskid Żywiecki z małymi wypadami w inne okolice.
Moja przygoda, podobno w Komańczy. Podobno, bo miałem wtedy jakiś rok czy co koło tego. Jako malec odbywałem wielokilometrowe wędrówki w plecaku taty, do którego reszta rzeczy była przytroczona, a czego się przytroczyć nie dało, to mama miała. Teraz w tym samym plecalu sam graty noszę - plecak mojego życia :). Na dnie plecaka nocnik był, a mały Bóbr ubrany w czapeczkę złożoną z 6 trójkątów tak, że głowa jako ta piłka wyglądała, spod klapy ledwie wystając. Za nami jacyś turyści typu warszawskiego (bez obrazy). Tata zapragnął, abym obejrzał jakiś widok, więc powiedział, żebym z plecaka wyjrzał. Ci za nami, zobaczywszy wysuwającą się z plecaka piłkę, wyskoczyli pod traktor, robiąc przy tym panikę godną godzilli wyskakujacej z pobliskiego lasu.