Znam aż nazbyt wiele przypadków ludzi, którzy albo zrezygnowali z uprawiania turystyki, albo zaczęli uprawiać ją w innym - i raczej nie lepszym - stylu, pod wpływem takich właśnie haseł.
Ale co z tego? To jest sprawa taka - czy lepiej jest wyjeżdżać to tu, to tam jak najdalej, czy lepiej jest poznać dobrze jakiś jeden konkretny teren? Dziś jest moda na tę pierwszą opcję, a przez to turystyka kwalifikowana upodabnia się do tandetnego "zaliczania atrakcji" przez stonkę.Teraz młodzież ma przed sobą otwarty cały świat. Mój syn wsiada do samolotu jak ja do autobusu i za 100 zł leci do Oslo, aby chodzić po górach Norwegii, albo za 300 zł w czasie Świąt Wielkanocnych i majówki oblatuje trasę Katowice - Bolonia - Marakesz - Brema - Katowice wchodząc w tym czasie na dwa szczyty alpejskie i samotnie na Jabal Tubkal w Atlasie.
Ja kiedy byłam w jego wieku mogłam o takich wyjazdach tylko marzyć, a przygotowanie 3-tygodniowego wyjazdu w Alpy to było pół roku wytężonej pracy kilkunastu osób.
Nie znam Twojego środowiska, więc nie odpowiem, jak jest. Widziałem mnóstwo środowisk turystycznych (a raczej popłuczyn po nich) na bardzo niskim poziomie, które spełniały warunki, o których piszesz.A co to jest wg Ciebie "środowisko turystyczne" ?
Ja jestem w takim środowisku, do którego co roku dochodzi od kilku do kilkunastu nowych osób i świetnie się integrują ze starszymi.
Po prostu mamy wspólne zainteresowania.
Czym jest dla mnie prawdziwe środowisko turystyczne - trudno mi charakteryzować tu całą tę kulturę. Zapraszam do lektury mojej książki - mam nadzieję, że moderator nie będzie miał pretensji, że ją "reklamuję". Niestety, inaczej robić nie mogę, bo jej treść zanadto wiąże się z naszymi dyskusjami, a moje sformułowania tam są wielokrotnie przemyślane i nie widzę sensu robić tego od początku.
To, że turystyka jest coraz mniej społecznościowa i w szerokim rozumieniu tego słowa patriotyczna, a turyści nie są gospodarzami na terenach, w które przyjeżdżają. Nie musi ich charakteryzować nawet przyjaźń wobec ludzi, których ziemie odwiedzają - oni są tylko... konsumentami tych terenów, forpocztą konsumentów. Występuje też anonimowość, zupełnie jak w tłumie w wielkim mieście albo w tłumie "stonki" - tylko nie ma tylu ludzi. W rezultacie zanikają społecznościowe normy etyczne. Poza tym, turysta kwalifikowany coraz mniej różni się od masowego, który również jest kosmopolitą. I taka turystyka jest całkowicie właściwie bezbronna wobec ekspansji komercji, z którą w Polsce dalibyśmy sobie radę bez problemów, gdyby środowiska inteligenckie nie dały się przez 20 lat wodzić za nos mediom.A co w tym złego ?
Z tego powodu, że patrzysz na świat indywidualistycznie, prawa rządzące zbiorowością nie przestają działać. Możesz sobie nie zdawać sprawy, że uczestniczysz w jakimś systemie - ale Twoja niewiedza nie oznacza, że tego nie ma.Większość osób jakie blisko znam nie bierze udziału w żadnych "rynkach" tylko jak chcą to po prostu jadą sobie sami tam gdzie chcą.
To nie jest przeciwdziałanie - to jest UCIECZKA. Ucieczka na tereny o coraz niższych walorach przyrodniczo-krajobrazowych, bo te o wyższych są stopniowo zagospodarowywane przez miłośników konsumpcji.Są sposoby na to aby nie dać się wygryźć.
Można chodzić na połoniny poza sezonem, np. w listopadzie, bywają wtedy rewelacyjne widoki, można poznawać nowe ciekawe a mniej popularne góry w Polsce - np. Beskid Makowski, Beskid Wyspowy.
Prawda - że ta wdzierająca się wszędzie komercja przeszkadza mi bardzo mocno.
W dolinach które kiedyś były piękne i puste często są teraz skupiska dacz, bo ziemię sprzedano na działki rekreacyjne.
Podobnie jak wszystkie koncepcje, które pragnęły zrealizować środowiska wolnościowe przed 1989 r. "Realne" jest tylko to, że będzie jak w PRL, tylko gorzej. No, z tą różnicą, że jak ktoś będzie chciał wyjechać z kraju, to nie będzie problemu. Jak już pisałem, nie można kwestionować realności czegoś, czego się nawet nie próbowało wcielić w życie. Po prostu - jest pełna zgoda turystów kwalifikowanych na kierunek zmian, który ma miejsce w Polsce. Niechętnie, ale godzą się z tym bez żadnych zastrzeżeń. Myślę, że gdyby nawet próbowano zabudować Tatry czy Pieniny hotelami, albo sprywatyzowano je jakiemuś "inwestorowi", to turyści kwalifikowani by się z tym również pogodzili. Już przyrodnicy mają więcej "ikry" - oni mają świadomość, że broniąc różnych terenów przed ekspansją szeroko rozumianej kultury konsumpcyjnej, bronią zarazem wyższych wartości, a nie tylko "ograniczają wolność jednostek" w imię własnego widzimisię, które jest w "nowoczesnym państwie" bez wartości i które nikogo poza nimi nie obchodzi. I ja, nawiasem mówiąc, doskonale rozumiem, skąd to się bierze - z antykomunistycznej przeszłości turystyki kwalifikowanej. Po 1989 r. przedstawiono nam "ograniczające jednostkę" zakazy jako przejaw komunizmu - i od tej pory turyści kwalifikowani wychodzą ze skóry, żeby nie kojarzono ich z żadnymi zakazami. Może już wielu ludzi nie zdaje sobie sprawy, skąd się to wzięło, ale tak właśnie jest.Niemniej uważam ideę stworzenia "rezerwatu turystycznego" za piękną ale zupełnie nierealną.
W teorii nie ma nic - w praktyce bardzo dużo. Jeśli raz wyjeżdżasz tu, raz tam, w różne odległe od siebie miejsca, to nie masz możliwości ich dobrze poznać. Zachłyśnięcie się możliwościami wyjazdu, szpanowanie odległościami staje się ważniejsze od wartości poznawczych, które są główną różnicą między turystą kwalifikowanym, a masowym. I granica między obiema grupami zanika.A co ma wspólnego jedno z drugim ?
Nie rozumiesz tego, że ta taniość jest kwestią okoliczności. Tak samo, jak łatwe zakładanie dochodowej firmy bezpośrednio po 1989 r. To nie będzie trwało wiecznie.Nie prawda, można przeżyć za 600 zł 2 tygodnie w Alpach i w górach Atlas, mój syn właśnie tyle wydał w ciągu 2-tygodniowego wyjazdu (razem z dolotem). Podróżowali przeważnie stopem, nocowali u ludzi z CouchSurfing-u (rewelacyjna sprawa).
Tylko trzeba chcieć i ruszyć się z domu.
Zależy, co rozumieć przez dziewiczość. Jeśli sprawy będą szły w tym kierunku, co dziś, to za 20 lat może się okazać, że nasze góry w czasach, w których to piszemy, były jeszcze BARDZO DZIEWICZE. Teraz są szlaki, a za jakiś czas będą wszędzie tłumy i hotele albo dacze i pozamykane doliny. Dlaczego nie, skoro to jest jedyny możliwy i sensowny kierunek zmian, a wszelkie inne propozycje to nierealna utopia?Gór dziewiczych w Polsce niestety już nie ma.
Na Ukrainie były 20 lat temu.
Jeszcze 6 lat temu, w roku 2005, kiedy powstawał ten wątek na forum, byłam z synami latem w Gorganach i w Połoninach Hryniawskich i "chaszczowaliśmy" przez kosówkę na przełaj.
Teraz już i tam są szlaki.
Smutno mi czasem, ale z drugiej strony cieszę się że było mi darowane odkrywanie nieznanego, razem z moimi dziećmi.
Oni aby mieć ponownie to uczucie pewnie będę musieli pojechać w góry Chamar Daban.
A z drugiej strony - nieznane jest często bardzo blisko nas - i wystarczy pojechać w Góry Kysuckie, które są ode mnie około 80 km aby odkryć nieznane ścieżki.



Odpowiedz z cytatem
