Gdyby to była utopia, to Rygielskiego wraz ze współpomysłodawcą Michałowskim władze komunistyczne nie zmusiłyby do emigracji z kraju - choć ich projekt pozbawiony był jakichkolwiek akcentów politycznych. Trudno zresztą nazwać utopią coś, czego nigdy nie próbowano realizować.
Ale faktem jest, że zyski z turystów-włóczęgów są nieporównywalne z zyskami z turystów, którzy chcą leżeć do góry brzuchem i wymagają obsłużenia za opłatą, a do tego przybywają wielkimi tłumami. Przynajmniej doraźne zyski, zanim Bieszczady się wyeksploatują turystycznie - ale dzisiaj ludzie nie chcą myśleć o innych zyskach, niż maksymalne i natychmiastowe, bo to... utopia.Bieszczady, gdy już będą zabudowane i będą miały wspaniałe wyciągi narciarskie, piękne hotele, szerokie drogi, to zostaną bez turystów. Nikt nie przyjedzie w takie Bieszczady, bo są dalej od Tatr, Beskidów, Gór Świętokrzyskich, czy choćby wielkiej hałdy usypanej z nadkładu z kopalni Bełchatów (tutaj jest zewsząd blisko - ta góra leży w centrum kraju), a i warunki narciarskie są tam pewnie lepsze.
Może zamiast owczego pędu do psełdonowoczesności, której do znudzenia wszędzie pełno powinno się postawić na oryginalność, na coś czego nigdzie indziej nie ma?
Turyści coraz częściej szukają miejsc nie "skażonych cywilizacją". Coraz częściej szukają miejsc bez telefonów, miękkich łóżek i równych dróg. Niby dlaczego im tego nie dać i jeszcze dobrze zarobić?
Tak czy inaczej, nie zdołasz znaleźć na tyle dużej liczby turystów zagranicznych, którzy by chcieli "uciec od cywilizacji", żeby zrównoważyli zarobki z napływu zagranicznej "stonki". Chyba, że najbogatszych - ale coś takiego po pierwsze eliminuje samych Polaków, którzy w tej sytuacji zabieraliby zagraniczniakom miejsce, a po drugie najbogatsi to najczęściej nie są dziś najbardziej wyrafinowani - raczej wprost przeciwnie. Oni rozumieliby "ucieczkę od cywilizacji" do luksusowej willi lub domku, otoczonego lasami - ale żeby znosić niewygody i jeszcze czerpać z tego przyjemność? Był, owszem, taki czas, kiedy tacy ludzie wpychali się do takich atrakcji, po części jest tak jeszcze i dziś (np. komercyjne "wejścia" na Czomolungmę) - ale tylko dlatego, że chcieli pokazać, że wszystko, co kojarzy się z elitaryzmem, mogą mieć za pieniądze, nie wysilając się i nie przyjmując zasad środowisk elitarnych. To zjawisko znane od dawna - już w XIX w. wzbogaceni przemysłowcy kupowali majątki ziemiańskie, "zapominając", że razem z nimi kupują obowiązki szlachcica wobec ludności.
Rzecz jest w tym, czy zgadzamy się na dążenie do niczym nieskrępowanej maksymalizacji zysków kosztem wszystkiego innego, czy nie. Czy środowiska, które odkryły Bieszczady, mają np. do tych odkryć prawo jako do własności intelektualnej - czy też powinny być wyłącznie pionierami, a korzyści z ich pracy powinien odnosić kto inny. Poza tym - to marzenie o lekkim chlebie z przemysłu turystycznego ma swoje pułapki, bo jeśli uznamy, że dla zarobku wolno wszystko, to kto zabroni przyjść potem wielkim sieciom hotelowym i odebrać klientów pensjonatom i hotelikom? Potem będą pracować, ale u obcych, jako pomywacze i pokojówki. A propaganda każe im się cieszyć z "inwestycji", przez które region się "rozwinął".
Widzisz, a ja to widzę tak, że tego podziału na "nas" i "innych" jest raczej za mało, niż za dużo. Bo trzeba oddzielać ludzi na wysokim poziomie od tych na niskim. Jeśli tego nie zrobisz, nikomu się nie będzie chciało trzymać poziomu - bo po co, skoro i tak będzie należał do tej samej grupy, co ci, którzy się nie starają?
Jeśli turystyka kwalifikowana tak się rozwijała za komuny, to właśnie dlatego, że wtedy była wyraźna granica między "onymi", których szczytem marzeń było pasienie brzuszyska w domku letniskowym - i "nami", którzy woleliśmy ciężkie wyprawy po górach, również w deszczu i śniegu, noclegi w namiocie i zmęczenie.
Po 1989 r. ta granica zanikła, bo zaczęto nam wmawiać, że ona nie istnieje. M. in. twierdzono, że masowa turystyka różni się od dawnej tylko ilością uczestników. Skutki tego są oczywiste - rozsypka środowisk turystycznych i spadek popularności turystyki kwalifikowanej. Mam na myśli rzeczywistą turystykę kwalifikowaną, nie taką , która przejawia się w poobiednich spacerach z autokaru. Chyba też nikt nie ma wątpliwości, że nie istnieją już takie środowiska turystyczne, jak dawniej. Zanikły zupełnie prawie zainteresowania, związane z turystyką. Gdyby ludzie mający pieniądze i wpływ rzeczywiście mieli pasję, nie byłoby tego wszystkiego. A przecież to oni usilnie promują masową turystykę wszędzie, często nawet wbrew miejscowej ludności, która wcale nie zawsze życzy sobie tłumów.
Przykład wysokiego poziomu dałaś sama w wątku o Jędrku Połoninie:
http://forum.bieszczady.info.pl/show...%82onina/page8



Odpowiedz z cytatem