Dzień trzeci
Przed wyjazdem w Bieszczad dostałem od Jabola maila z propozycją sprawdzenia kilku miejsc. Oczywiście chodziło o potencjalne miejsca noclegowe w postaci chatek.
Śniadanko i w drogę sprawdzić pierwsze miejsce. Z Przysłupia do Lutowisk. Chyba nikt nie pilnuje wschodnich granic Europy, bo po drodze nie widzieliśmy żadnych patroli SG. Zostawiamy autko w Posadzie Dolnej i dalej pieszo. Przez łąki i las. Po drodze fotografuję moim Zenitem ślady, jakie zostawił misiek idąc kilka dni temu/tak mi się wydaje, że to misiek/. Po półtora godzinnym marszu dochodzimy do miejsca, w którym powinna znajdować się chatka. Zaczynamy się uważnie rozglądać. Nagle zaczyna coś prześwitywać pomiędzy drzewami. Jest chatka, wyraźnie widać komin. Podchodzimy bliżej i spotyka nas rozczarowanie. Z chatki został tylko komin. Reszta spłonęła. Zostało tylko pogorzelisko. W pewnym miejscu łapię sygnał i dzwonię, do Jabola. Jak się okazało był w pobliżu. W pół godziny podjechał swoim Łajt Lajtingiem. Jest oczarowany miejscem i jednocześnie zasmucony widokiem pogorzeliska. Otrzymałem od niego prezent urodzinowy, za który w tym miejscu jeszcze raz mu dziękuję, wypiliśmy po piwku, a następnie wsiedliśmy do Białej Błyskawicy, która zaoszczędziła nam trochę czasu. W związku z tym postanowiliśmy z żoną sprawdzić, co jest z Chatką socjologa na Otrycie. Idziemy sobie cichutko ścieżką pod górę, patrzymy sobie, a tu z góry zbiega sobie beztrosko młody wilczek. Trudno go nazwać basiorem, ale nie był to też szczeniak. Trochę się ten kolega zdziwił jak nas zobaczył, ale zastanawiał się tylko chwilę, co zrobić. Skoczył w bok i tyle go widzieliśmy. Nawet nie zdążyłem rozpiąć pokrowca od Zenita. Nowa jeszcze niewykończona Chata Socjologa robi wrażenie. Jest to duży obiekt, wydawało nam się, że za duży. Natomiast nie mam zamiaru polemizować z projektantami tej budowli. Widocznie taka duża miała być. W pobliżu Chaty nie ma żywej duszy. Tylko w Chacie skamle „Wesoły Piesek”. Na drzwiach przybita jest kartka „Uwaga Wesoły Piesek”. Chwila odpoczynku i powrót do auta. Po Bieszczadzku ubłoceni i zmęczeni wracamy do auta. Po drodze narada, co robimy z resztą dnia. Podoba mi się demokracja instytucji małżeństwa. Otóż głosy męża liczą się podwójnie. W ten sposób demokratycznie wybraliśmy, że pojedziemy zobaczyć, co to takiego KIMB. Decyzję pomógł nam podjąć Jabol, który przysłał nam SMSa, że już tam jest. Po drodze obiad w Cisnej w Zaciszu /chyba najlepsze jedzenie w Cisnej/ i jazda. Dojeżdżamy do Komańczy. Zatrzymujemy się koło Białej Błyskawicy. To Jabol czeka na KIMBowców. Zabieramy część towarzystwa do auta i w drogę do Pantałyku. W Dołżycy Przedstawia się nam kilkanaście osób. Nie zapamiętałem prawie nikogo. W tym miejscu proszę o przebaczenie, ale taki już jestem. Zapamiętałem tylko Asiczkę, która zastrzegała się ze nie jest organizatorem, ale w tym czasie „robiła za gospodarza” /Przepraszam, ale takie odniosłem wrażenie/. Po godzinie rozmowy z uczestnikami KIMBu postanowiliśmy wracać. Zdaje sobie sprawę z tego, że impreza tak naprawdę jeszcze się nie rozpoczęła, ale decyzji naszej nie zmieniliśmy pomimo nalegań kilku osób. Jeszcze raz przepraszamy, ale Wy byliście już w swojej bazie a my musieliśmy jeszcze przejechać kilka kilometrów. Poza tym w ten piątek było naprawdę zimno a ognisko dopiero się rozpalało….
Jabol stwierdził, że auto, którym teraz się poruszam bardzo przypomina mu Karawan, więc ochrzciłem je Karawan 2. Po drodze zatrzymaliśmy się w Majdanie żeby przyjrzeć się działaniom marketingowym właściciela sklepu przy drodze i wróciliśmy na Przysłup. C.D.N.


Odpowiedz z cytatem