Opisując drugi dzień zacząłem wątek i go nie skończyłem… Czas to nadrobić. Jest noc. Ciemna noc. Śpię sobie jak niemowlę. Nagle budzi mnie żona. Nie, żebym się zmatrwił :P ale widzę zaspanymi oczkami, że ona jest wystraszona. Opowiada, że ktoś łazi nam po schodach /patrz zdjęcie domku/. Zastanawiam się kto może próbować nam włazić do pokoju o tej porze. Otwieram drzwi, a tu na schodach nikogo już nie ma. Słyszę tylko na dole odgłosy żarcia. Patrzę na śrubę na której wisiał nasz prowiant, a prowiantu niet. :( :( Schodzę w piżamce na podwórze a tu pieska już nie ma. Otwieram Karawan, bo w środku jest latarka. Świecę sobie elektrycznością i zbieram co ocalało. Tu sobie leży pasztecik w metalowej folii., tam sobie leży serek topiony. Dalej jeszcze cóś. Zbierałem tak z 10 minut. :D Trochę rabuś zgubił albo nie wiedział jakie smakołyki są w opakowaniu. Czekałem tylko na to, aż kogoś pobudzę. To by było dopiero. Facet w wieku zaawansowanym w piżamce z latarką. Ciekawe, od kogo wraca??? A tu żonka czeka na schodach. Widok i przypuszczenia przednie. Rano opowiedzieliśmy wszystko Dworaczkom. Pan Jarek się śmiał i powiedział, że pies sąsiadów takie numery lubi robić. Faktycznie ten mieszaniec coli i innego mieszańca wyglądął na wychudzonego. Postawił piwo /Pan Jarek – nie pies/ i powiedział, że w kuchni jest lodówka do dyspozycji gości. Żartując delikatnie mnie opieprzył, że musiał się trudzić do nas po nocy i część trofeów pogubił, zamiast po prostu iść do lodówki. :D :D Zaraz karnie zaniosłem ocalałe resztki prowiantu do kuchni. Po co chłopina ma łazić po nocy. Wieczorem w lodówce było szkło z zawartością. Fajna kwatera, fajni gospodarze. I to by było na tyle. Ognisko dogasa. Czas kończyć imprezę.
Pozdrawiam