Co prawda zalew soliński to jeszcze nie Bieszczady, ale 100 lat temu pałętałam się tam niezaglądając do cywilizacji kilka dni z rzędu. Pysznością nad pysznościami był dla mnie "kociołek": rzeczony kociołek wykładało się po ściankach jakąś tłustą, boczusiową konserwą, później szły ziemniaczki (mogły być wstępnie podpieczone w ogniu i rozplasterkowane), rarytas w postaci kalafiora, sól, pieprz, na wierzch konserwa znów i co tam jeszcze się znalazło (grzybki na przykład, ziółka jakieś). Kociołek zawieszony nad ogniskiem i jakaś godzinka czekania przy dźwiękach maszerujących kiszek.... Mniamuśne samo wspomnienie po tym, że o smaku nie wspomnę