Ja bardzo miło wspominam kisiel z kawałkami czekolady (co do tego składnika to byłam przeciwna, ale cóż... demokracja w grupie... ) ugotowany na piecu z kamieni z rzeki. Był wieczór, noc mieliśmy spędzić w schronie w Balnicy. Ledwo zdążyliśmy pichcenie przed burzą. Muszę się pochwalić, że piecyk zbudowałam JA. I chociaż nie mam zdolności architektonicznych, to budowla utrzymala menażkę w stałej pozycji (znaczy się nie chybotała!) :D