haha.... A co jeszcze pamietam... to pichcenie na zaglowkach Przed "prawdziwymi Bieszczadami", wczesniej, zatrzymywalismy sie na pare dni w Polanczyku, zeby na "Wodnik"u" poplywac. Mielismy oczywiscie swoje ulubione zakamarki przycumowe- coby nas malo kto znalazl :D to wtedy pichcilismy dobre zarelko. Specjalem, sluchajcie, to podgrzewana konserwa- krojona w plasterki i grochowka z puszki... Ktos jak dorzucil ryz(jak mu sie chcialo ugotowac)... hiehie... a potem jak jeszcze tego ryzu zostalo to sie robilo deser- kisiel z ryzem :D To bylo nadrabianie sil i pelne fizyczne przygotowanie na potem :D