:) :) :) :)

Cała ta pisanina, jest pisaniem "sobie a muzom", ponieważ moim bardzo skromniutkim zdaniem w polskich Bieszczadach nie ma potrzeby samemu niczego pichcić, no chyba, że ktos kucharzenie w plenerze traktuje jak hobby i sprawia mu to przyjemność.
Przecież wystarczy zjeść śniadanie, w plecak zapakować ze dwie kanapki i jeden baton, wodę i przed siebie. Chyba wszyscy dobrze wiedzą, że nie ma tras nie do pokonania w ciągu jednego dnia!!!! (mozliwosci biwakowania w górach tez raczej ograniczone :( )
A potem wpadamy do jakiegos baru "Ryś" np. lub inny "Smak" i po sprawie.

Wiec po kiego grzyba zawracać sobie głowę "książką kucharską"? :D :D (no chyba, ze tym grzybem bedzie łysiczka lancetowata )
A o gotowaniu w górach (całkiem zresztą blisko), o różnych kombinacjach kulinarnych, i o tym co z czym sie najlepiej łączy, mógłby na bardzo świezo opowiedzieć Zbyszek
(Zbyszek - do tablicy!) :D.
Też co nieco wiem o tym