20 lipca 2005 r. – dzień ósmy
Budzi nas słońce. W dolinie snują się jeszcze gdzieniegdzie mgły, ale zapowiada się pogodny dzień. Dobry, by wyjść w góry. Niestety mam kłopoty żołądkowe, które sprawiają, że nie czuję się zbyt dobrze. Naradzamy się i dochodzimy do wniosku, że na pierwszy raz w Czarnohorze to wystarczy. Podświadomie czuję, że nie jesteśmy w bojowych nastrojach. Po części biorę winę na siebie za tę pomyłkę podczas zejścia z Howerli. Dobiło też nas to długie i męczące zejście a moja niedyspozycja „zwieńczyła dzieło”. Myślę, że chyba nikt już tak naprawdę nie ma ochoty, na ten czas, „bić się z górami”… Snujemy się po sali, przepakowujemy plecaki i widać, że jesteśmy myślami przynajmniej we Lwowie.
Od gospodyni dowiadujemy się, że za chwilę odjeżdża gazik do Jasini, który za 10 hr może nas tam dowieźć. Wobec perspektywy 3 godzinnego „spaceru” po błotnistej leśnej drodze jest to super rozwiązanie. Ładujemy się do wyglądającego solidnie UAZ-a i machając na pożegnanie wyruszamy. Jak się okazało był to strzał w dziesiątkę! Droga, miejscami tonąca w kałużach po osie pojazdu, wydłużyłaby ten nasz „spacer” przynajmniej o drugie tyle. Co jakiś czas mijamy wielkie ciężarówki jadące po drzewo. Od razu przypomina się „Baza ludzi umarłych”… Z zadumy wyrywa nas smród spalenizny. Z deski rozdzielczej naszego UAZ-a buchają kłęby dymu. Kierowca wyłącza silnik. Sięga po skrzynkę z narzędziami by po chwili wszystko naprawić i ruszamy dalej. Po ponad godzinnej jeździe jesteśmy w Jasini. Wyładowujemy się, dziękujemy za jazdę i informacje co gdzie jest.
Miasteczko jak wszystkie poznane dotychczas tętni życiem. Ludzie są tu mobilni, ciągle się przemieszczają, coś załatwiają. Wchodzę do sklepu by po tylu dniach napić się wreszcie piwa. Cały czas o tym myślałem… Na ladzie stoją kieliszki i kto chce może sobie zamówić „horyłkę”. Kilka babuszek korzysta właśnie z tej usługi. Ja kupuję wodę mineralną i butelkę piwa. Nie dane mi jest w spokoju to piwo wypić bo przed sklepem właśnie zatrzymuje się autobus z tablicą Iwano Frankiwsk. Po chwili siedzimy w środku trochę oszołomieni szybkością wydarzeń. Za 11 hr od osoby kierujemy się ku „zachodniej cywilizacji”…
Coś ściska za gardło… W takiej chwili rodzą się refleksje; może to ostatni raz, przelatują przed oczami obrazy z ostatnich dni, twarze poznanych, miłych i serdecznych ludzi…
Ech, „żal, żal, za zieloną Ukrainą…” Mam wrażenie, że już tęsknimy…
Po 3 godzinach jazdy jesteśmy znów w Iwano Frankiwsku. Może uda nam się zobaczyć wreszcie to miasto. Niestety, na sąsiednim stanowisku stoi autobus do… Lwowa, którym (za 15 hr/os) około 21 – ej jesteśmy na miejscu. Jeszcze przejazd „marszrutką” nr 71 i „kotwiczymy”, a jakże, u p. Mariana na Hałyckiej. Trafiamy jeszcze na ciepłą wodę, która wydaje się balsamem. Biorę jeszcze dawkę węgla, popijam piwem i wskakuję do łóżka… Zasypiam w momencie…
CDN…