17 lipca 2005 r. – dzień piąty
Budzi nas słońce i …. pohukiwania ze wzgórza. Okazało się, że „ukraińscy Indianie” wykonują swoje rytualne tańce. Wygląda to w tym miejscu dość egzotycznie, ale nie ekscytujemy się ich sprawami. Trzeba zrobić szybkie śniadanie i ruszać na szlak. Po godzinie jesteśmy już objuczeni plecakami i ok. godz. 9 –tej zaczynamy wędrówkę. Z początku idzie nam opornie – duże głazy po deszczu są śliskie a ścieżka niezbyt szeroka. Po chwili dogania nas trójka skromnie ubranych wędrowców. Okazuje się, że to część większej grupy, która nocowała pod lasem. Wymieniamy zwyczajowe pozdrowienia na szlaku - „Dobryj deń” i kilka słów: dokąd idziecie, jak dotrzeć na Smotrec. Chłopaki chętnie nawiązują kontakt i ze śmiechem opowiadają swoje nocne przygody z „ukraińskimi Indianami”. „To sekta” – mówią. „U nas na Ukrainie jest dużo różnych sekt. Oni akurat są niegroźni, ale śmiesznie się zachowują” – twierdzą. Idziemy dalej w kierunku widocznego już niewielkiego wodospadu. I tu zaczyna się nasza przygoda, która powoduje, że nabijemy później sporo kilometrów. W przewodniku A. Strojnego, K. Bzowskiego i A. Grossmana „Ukraina zachodnia. Tam szum Prutu, Czeremoszu…” (Wyd. Bezdroża) wyraźnie jest napisane, żeby nie przekraczać strumienia lecz zmierzać dalej i znaleźć zarastającą ścieżkę… Nie możemy tej ścieżki znaleźć. Dookoła gęste krzaki. Wracamy więc do strumienia, przekraczamy go i… odnajdujemy czerwone znaki na wyraźnej ścieżce. Idziemy dalej początkowo łagodnym później coraz bardziej stromym trawersem. Przekraczamy kolejny strumyk i znów się wspinamy. Odwracam się i … dostrzegam na przeciwległym stoku (na tym obok wodospadu) zygzak ścieżki. Sięgam po lornetkę: to ścieżka na Smotrec!!! Cholera, gdzie my idziemy? Odpowiedzi na to pytanie udziela para lekko ubranych, w trampkach, bez plecaków młodych Ukraińców. „Idziecie na Wuchatyj Kamiń” – mówią. Mapa idzie w ruch. Faktycznie zmierzamy w tym kierunku, ale całe szczęście można dojść również tędy na główny grzbiet Czarnohory. Niestety a może stety omijamy Smotrec! Wuchatyj Kamiń jest o wiele ciekawszy (tak porównuję z odległości Smotrec). Ma formy skalne, w których można dojrzeć postaci ludzi, zwierząt, prehistorycznych gadów… Po ok. godzinie dość intensywnego marszu znajdujemy się wreszcie na szczycie tego tam Wuchatego Kaminia. Przed nami rozciąga się prawie całe pasmo Czarnohory z widocznymi w oddali ruinami polskiego przedwojennego obserwatorium na Popie Iwanie. To tam mamy zamiar spędzić kolejną noc…Jak oceniam, dojdziemy tam za około 2 godz. Schodzimy łagodnym trawersem na siodło między Smotrecem a Balcatulem (1851 m , słupek na dawnej granicy polsko – czechosłowackiej nr 18). Robimy odpoczynek. Z chęcią zdejmuję buty i moje „jarzmo” – plecak. Kładę się na trawie i patrzę w niebo. Naprawdę jestem w Czarnohorze, naprawdę zaraz wejdę na Popa Iwana, zobaczę dawne obserwatorium…Muszę się uszczypnąć, by stwierdzić, że to nie sen! Jeszcze łyczek „powerka” i ruszamy dalej…Idzie mi się coraz gorzej… Nogi nie niosą, jak wcześniej, coraz częściej muszę odpoczywać… Cholera, te ostatnie metry, choć dosyć stromo, są przecież do pokonania! Wreszcie jesteśmy na szczycie! Kompletne zaskoczenie! Ruiny toną w śmieciach. Wokół walają się butelki po wódce, puszki po konserwach i setki plastyków… Przygnębiające wrażenie! Do tego nadchodzą znienacka chmury, które jak woalem otaczają cały szczyt. Robi się przeraźliwie zimno, wilgotno i wietrznie. Spotykamy wcześniej poznanych chłopaków, którzy zapraszają na „czaj”. W rozmowie przyznają się, że wędrują już 8 dni i zmierzają na Howerlę, Pietros i dalej na Świdowiec. Patrząc na ich Ubogi sprzęt i ekwipunek, można było jedynie pokiwać głową. Rewanżujemy się snikersami i paczką marlboro, robimy sobie pamiątkowe zdjęcia i umawiamy się na jutro, że będziemy się wspierać na trasie! Szybko rozbijamy namioty i nie czekając na zmierzch wskakujemy w śpiwory. Znów zaczyna gdzieś „mruczeć”… Czyżby znów burza? Na szczęście nie, choć deszcz bębni w tropik. Śpimy na wysokości ponad 2000 m. Pierwszy raz…
Szybko liczę czas przejścia – 5,5 godz. Nie jest źle… choć przecież nikt z nas nie przyjechał tu by się ścigać… W pobliżu słyszę dziwne dźwięki. Wyglądam z namiotu i… widzę grupę kilku rowerzystów z ich pojazdami objuczonymi jak wielbłądy. Po proporczyku rozpoznaję Francuzów… No cóż, każdy ma swoje hobby a my jesteśmy (prawie) w UE…Zasuwam pod brodę suwak śpiwora i oddaję się w objęcia Morfeusza… A deszczyk kropi!
CDN


Odpowiedz z cytatem