Pokaż wyniki od 1 do 10 z 22

Wątek: Czarnohora 2005

Mieszany widok

  1. #1
    Bieszczadnik
    Na forum od
    02.2005
    Postów
    575

    Domyślnie Czarnohora 2005 cd...

    19 lipca 2005 r. – dzień siódmy
    Wstajemy dość wcześnie. Jak to dobrze, że „integrowanie się” z braćmi Ukraińcami było symboliczne, w przeciwnym razie… strach nawet myśleć. Zwinięcie obozowiska zajęło nam niewiele czasu i zaczęliśmy się wspinać. Powolutku, krok za krokiem, coraz wyżej… Ścieżka jest tu naprawdę bardzo wąziutka a do tego coraz silniejszy (wraz z wysokością) wiatr nie sprzyjały dojściu do szlaku. Spoglądam w dół. Przy jeziorku jeszcze błogi spokój – wszyscy śpią. My tymczasem jesteśmy coraz bliżej szlaku. Wreszcie wchodzimy na widoczną ścieżkę. Po lewej widnieje ramię Gutin Tomnatka, ale my ruszamy w kierunku Rebry (2001 m n.p.m.), którą zdobywamy z marszu. Warto jest być na wierzchołku, bo rozciąga się stąd piękny widok na „skalny las” i Gadżynę. Robimy sobie spóźnione śniadanie… Świeci słońce, ale wiatr jest coraz bardziej dokuczliwy… Siedzimy sobie zapatrzeni we wspaniałe widoki i nie chce nam się stąd ruszać. Mijają nas „trzej ukraińscy muszkieterowie”, wymieniamy pozdrowienia i powoli zbieramy się do dalszej wędrówki. Kiedy znów wchodzimy na szlak naszych znajomych już nie widać. Idą jak wicher, który dmie już z „siłą wodospadu”.
    Po ok. dwóch godzinach docieramy pod Turkuł i po prawej stronie poniżej ukazuje się Jezioro Niesamowite. Wokół niego stoi ok. 20 namiotów i nie widać, by ich właściciele spieszyli się z opuszczeniem tego urokliwego miejsca (jest około 10-tej!). My wspinamy się zgodnie z oznakowaniem i… popełniamy błąd, który kosztuje nas sporo dodatkowego wysiłku. Szlak prowadzi przez Turkuł, na który prowadzi bardzo strome podejście. Wspinamy się bardzo powoli mając po prawej stronie widok na łagodne podejście znad jeziorka (piiiiiiiiiiiiiiip).
    Po 30 minutach intensywnego wysiłku wchodzimy na szczyt (1932 m n.p.m., słupek nr 33), z którego widać wreszcie Howerlę. Jeszcze daleko…
    Schodzimy na przełęcz i tym razem z lewej strony trawersujemy Dancerz wpadając na spore głazy, po których trudno iść. Zaczyna padać deszcz a zbocze przyobleka się w nisko płynące chmury i mgłę. Niestety taka pogoda utrzyma się przez całą dalszą drogę. My jednak idziemy dalej. Mijamy Pożyżewską (1822 m n.p.m. słupek nr 37 i ostro wspinamy się na Breskuł (1911 m n.p.m., słupek nr 38), z którego powinna być widoczna Howerla w pełnej okazałości. Docieramy na szczyt i… nie widzimy Howerli! Cała spowita jest we mgle! Niestety nie zobaczymy „Świętej Góry” Ukraińców w całej swojej krasie i potędze!
    Wahamy się czy nie zejść do schroniska i próbować jutro spotkać się z Howerlą. Zwycięża jednak chęć wdrapania się na nią dziś, mimo tej mgły. Utwierdzają nas w tym przekonaniu spotkani na Breskule Czesi, którzy właśnie zeszli i stwierdzili, że na szczycie Howerli od czasu do czasu są momenty lepszej widoczności na całe pasmo. Schodzimy na przełęcz i zaczynamy podejście. Jesteśmy na trasie już szóstą godzinę, a plecaki ciążą coraz bardziej. Powoli idziemy dalej. Po godzinie jesteśmy na najwyższym szczycie Ukrainy (2058 m n.p.m.). Niestety jest słaba widoczność, wieje przeraźliwy wiatr, coraz to przelatują koło nas jakieś plastiki, powiewają jakieś proporczyki, szmatki i walają się śmieci (puszki po piwie, butelki, papiery). To nie do wiary, że dwa dni temu był tu prezydent Juszczenko ze swoją świtą (tez zostawili swoja pamiątkę – jakąś rurę stalowo-mosiężną ze zobowiązaniami, które chcą zrealizować do 2015 r.). Postanawiamy pożegnać „Świętą Górę” i schodzimy obok zagłębienia, w którym „odwiedzający” zrobili sobie kontener na śmieci! Od tego miejsca jakoś idziemy szybciej… Mijamy wycieczkę dzieci w koszulkach i trampkach (adidasy to dopiero wyposażenie!!!), które dzielnie wchodzą popędzane przez opiekuna. Po około 30 minutach dostrzegam stojącą chatkę. Skręcamy do niej. Okazuje się być „Punktem Ekologicznym Karpackiego Parku Narodowego”. Otwieramy drzwi zamknięte na gwóźdź. W środku czyściej niż na szczycie, ale nie chciałbym tu nocować. Sprawdzam mapę. Poniżej chatki jest ścieżka, która łagodnym trawersem schodzi w dół. Postanawiamy nią iść, co potwierdził na szczycie zapytany rosyjski turysta. Schodzimy jakieś 300 metrów i pojawia się żółty znak. Zamurowało mnie. To nie tędy droga – tak mi się wydaje. Powinniśmy iść dalej czerwonym szlakiem. Niechętnie i tak do końca nie przekonani wracamy nad chatkę i idziemy grzbietem a następnie dość stromo w dół. U podnóża uzupełniamy wodę (wypływa z wnętrza góry poprzez rurę!), trochę odpoczywamy i wychodzimy na obszerny płaskowyż. Ścieżka jest wyraźna, ale jakoś dziwnie odchodzi coraz bardziej na prawo. Niepokoi mnie to, więc pytam spotkanego turystę czy to droga na Pietros. Zdziwiony pokazał na Howerlę i powiedział, że…należy tam wrócić i… obok chatki wejść na schodzącą w dół wygodną ścieżkę. Tego było już za wiele! Przez moją zbytnią dociekliwość i ufność w oznakowania na mapie straciliśmy prawie 1,5 godziny. Do tego dochodzi coraz bardziej załamująca się pogoda, więc postanawiamy iść dalej tą drogą, która wg spotkanego wędrowca doprowadzi nas do sioła Koźmieszczyk, gdzie ponoć jest schronisko.
    Po krótkiej dyskusji jednomyślnie zmieniamy plany: odpuszczamy sobie tym razem Pietrosa. Widoczny jest w nas „kryzys woli”. Jesteśmy już 10 godzinę na szlaku, bardzo zmęczeni i chyba każdy marzy o wskoczeniu do prawdziwego łóżka. Pogoda jest coraz gorsza. Ruszamy dalej, teraz ciągle w dół. Miejscami jest bardzo stromo a przecież widoczne są ślady ciągników i samochodów ciężarowych. Zastanawiam się, jak można tu wjechać?
    Droga wydaje się nie mieć końca…
    Ciągle schodzimy w dół i po 2 godzinach pojawiają się w dole zabudowania. Wydaje się, że zajmie nam to jeszcze z godzinę. Zaczyna kropić i robi się coraz chłodniej. Wreszcie zza zakrętu wyłaniają się zabudowania: po prawej jakieś niedokończone gmaszysko a po lewej dwa budynki, wokół których kręcą się jacyś młodzi ludzie. Pod wiatą biesiadują drudzy. Przez zamkniętą na łańcuch i wielką kłódkę furtkę pytamy o gospodarza. Wychodzi starsza kobieta, która za 8 hr/os zgadza się nas przenocować. Po chwili znajdujemy się w… sali schroniska. Nie ma niestety wody (trzeba wędrować do strumienia) i prądu. Nam to nie przeszkadza. Myjemy się w strumieniu i szybko (deszcz już ostro pada) wracamy (znów trzeba przechodzić przez ogrodzenie obok furtki!!!) do naszego pokoju. Łóżka są żelazne, piętrowe, zasłane kocami (trochę wątpliwa ich świeżość i czystość), ale wygodne. Rozkładamy na nich swoje maty i śpiwory. Padamy jak ścięci…
    CDN...
    Załączone obrazki Załączone obrazki
    • Typ pliku: jpg 35.jpg (55.8 KB, 112 odsłon)
    • Typ pliku: jpg 34.jpg (59.3 KB, 112 odsłon)
    • Typ pliku: jpg 33.jpg (34.3 KB, 113 odsłon)
    • Typ pliku: jpg 32.jpg (24.1 KB, 112 odsłon)
    • Typ pliku: jpg 31.jpg (57.5 KB, 113 odsłon)

Informacje o wątku

Użytkownicy przeglądający ten wątek

Aktualnie 1 użytkownik(ów) przegląda ten wątek. (0 zarejestrowany(ch) oraz 1 gości)

Podobne wątki

  1. Czarnohora
    Przez markus w dziale Wschodni Łuk Karpat
    Odpowiedzi: 31
    Ostatni post / autor: 01-01-2009, 19:56
  2. Inwentaryzacja Forum 2005
    Przez Lupino w dziale Techniczne
    Odpowiedzi: 6
    Ostatni post / autor: 13-03-2008, 23:49
  3. Ukraina 2005
    Przez buba w dziale Wschodni Łuk Karpat
    Odpowiedzi: 3
    Ostatni post / autor: 14-08-2006, 21:34
  4. 24.09.2005 chrzest w Łopience
    Przez marek63 w dziale Bieszczady praktycznie
    Odpowiedzi: 3
    Ostatni post / autor: 03-10-2005, 10:25
  5. Bieszczady 2005.03.17
    Przez ebik w dziale Relacje z Waszych wypraw w Bieszczady
    Odpowiedzi: 1
    Ostatni post / autor: 18-03-2005, 21:49

Uprawnienia umieszczania postów

  • Nie możesz zakładać nowych tematów
  • Nie możesz pisać wiadomości
  • Nie możesz dodawać załączników
  • Nie możesz edytować swoich postów
  •