To może i ja coś dodam.
Było to w 1988r. Wybrałem się w Bieszczady z rok wcześniej poślubioną niewiastą. Jak to w Bieszczadach - chodziliśmy sobie to tu, to tam, mieszkaliśmy w przytulnym namiocie (mam go do tej pory - nie do zdarcia). Było fajnie, albo jeszcze bardziej...
No cóż po Bieszczadach żonka oznajmiła, że więcej ze mną w góry nie pojedzie. I tak już zostało. Owszem jakieś wczasy pod Giewontem, czy Śnieżką, ale dla mnie, to jak lizanie przez szybę (lodów oczywiście).
Ale wziąłem się na sposób: uzbieram trochę forsy i wyślę moją oblubienicę do Paryża, albo jakiegoś innego Rzymu, a sam, może w towarzystwie dorastającej latorośli czmychnę w Bieszczady. A co tam, w końcu to maja pierwsza miłość!


Odpowiedz z cytatem