Strona 32 z 32 PierwszyPierwszy ... 22 25 26 27 28 29 30 31 32
Pokaż wyniki od 311 do 320 z 320

Wątek: Co by tu poczytać? Kącik Ksiązki

  1. #311
    Fotografik Roku 2010
    Fotografik Roku 2009
    Fotografik Roku 2008

    Awatar bartolomeo
    Na forum od
    07.2005
    Postów
    4,175

    Domyślnie Odp: Co by tu poczytać? Kącik Ksiązki

    Cytat Zamieszczone przez bartolomeo Zobacz posta
    Dariusz Jaroń Polscy himalaiści

    Załącznik 47720

    Pierwsza polska wyprawa w Himalaje (lato 1939 r.) i późniejsze zaplątanie w historię jej uczestników. Dawno żadna książka mnie tak nie wciągnęła.
    Aktualnie e-book w promocji na nexto.pl, posiadacze konta premium kupią książkę za 11,45zł. To szersza promocja na książki górskie, w dobrych cenach m.in. "Minus 100 stopni" Arta Davidsona czy "Wszystko za Everest" Krakauera.
    Czterech panów B.

  2. #312
    Fotografik Roku 2010
    Fotografik Roku 2009
    Fotografik Roku 2008

    Awatar bartolomeo
    Na forum od
    07.2005
    Postów
    4,175

    Domyślnie Odp: Co by tu poczytać? Kącik Ksiązki

    Tym razem nie do czytania a do słuchania: audiobook "Huculszczyzna" Ossendowskiego do pobrania za darmo. Tegoż autora "Polesie" w tej samej cenie.

    Tego samego wydawcy (Muzeum Historii Polski) jeszcze kilka innych darmowych audiobooków,
    Czterech panów B.

  3. #313
    Bieszczadnik
    Na forum od
    11.2001
    Rodem z
    Warszawa (Ochota)
    Postów
    2,485

    Domyślnie Odp: Co by tu poczytać? Kącik Ksiązki

    Poniższy tekst jeszcze w br. powinien znaleźć się na moim blogu. Ale premierę ma dziś tu.

    Theodor Plievier „Stalingrad”
    Wydawnictwo Ministerstwa Obrony Narodowej, Warszawa 1958


    O autorze proszę poczytać np. tu:
    Theodor Plievier – Wikipedia, wolna encyklopedia:

    https://pl.wikipedia.org/wiki/Theodor_Plievier

    Przez chwilę o tym konkretnym egzemplarzu książki. Pochodzi on z jej wydania pierwszego, tj. tylko o 7 lat młodszego ode mnie. Ówczesna cena detaliczna 31 zł. Ale na ostatniej stronie widnieje wpisana ołówkiem cena antykwaryczna 200 zł – to dowód, że do mojego prywatnego księgozbioru książka trafiła gdzieś tak pod koniec lat 80. lub na początku lat 90. ub. wieku. I spoczywała tam, zawieruszona i nieprzeczytana, aż do grudnia 2021 r. W dniu, gdy to piszę, jestem świeżo po jej lekturze. W księgarniach proszę książki nie szukać. Raczej w bibliotekach publicznych – w czasach PRL miała kilka wydań. A gdyby ktoś chciał ją nabyć na własność (polecam!), to pomoże mu w tym Internet – spostrzegłem w nim kilka ofert sprzedaży po tylko kilkanaście zł za egzemplarz. Tłumaczenie angielskie (wersję elektroniczną) można sobie ściągnąć za darmo.
    Do nazwy wydawnictwa i czasów publikacji proszę się nie uprzedzać. Żadnej agitacji proradzieckiej Państwo się nie obawiajcie. Na 591 stronach (tego wydania) znajdujemy bardzo realistyczną powieść dokumentalną, napisaną dla czytelnika niemieckiego już w 1945 r. Przedstawiającą opis bytowania żołnierzy niemieckich w coraz to bardziej kurczącym się kotle stalingradzkim (listopad 1942 – luty 1943). Nie tylko ich zaciętych walk z oblegającą Armią Czerwoną, ale też zakwaterowania, wyżywienia, zaopatrzenia, opieki medycznej. Wszystko to szybko okazało się niedostateczne. Zakwaterowanie frontowych żołnierzy miało miejsce w prowizorycznych bunkrach, w wykopanych i okrytych tylko brezentem dołach, także w ruinach domów – przy zawiejach śnieżnych i temperaturze sięgającej minus 30 st. C. Wyżywienie było skąpe, niekiedy żadne. Zaopatrzenie w broń i amunicję też szwankowało – zwłaszcza gdy przedwcześnie wysadzano w powietrze własne magazyny, aby nie dostały się w ręce wroga. Opieka medyczna nad olbrzymią liczbą żołnierzy (chorych, rannych, z ciężkimi odmrożeniami) była iluzoryczna. Nielicznym lekarzom szybko zabrakło lekarstw, środków znieczulających, z czasem też materiałów opatrunkowych. Nieleczeni pacjenci tłoczyli się i masowo umierali w zimnych piwnicach – także z chłodu, głodu i ostrzału artyleryjskiego. Generalnie wśród oblężonych powstawał coraz większy chaos, zauważalny również w systemie dowodzenia obroną.
    Bohaterami powieści Plievier uczynił kilkunastu żołnierzy Wehrmachtu, z których większość uśmiercił. Padli w boju lub zmarli z ran i odmrożeń, nie otrzymawszy właściwej (bądź żadnej) pomocy lekarskiej. Postacie te były autentyczne lub autor wprowadził je do powieści na podstawie konkretnych pierwowzorów. Owi bohaterowie książki to żołnierze w stopniach od szeregowca do generała – różnego pochodzenia społecznego i wykształcenia, różnych światopoglądów oraz oczywiście różnych charakterów. Generalnie, z małymi wyjątkami, odważni i dobrze sprawujący się na polu walki. Swojego Führera przestawali szanować na ogół dopiero wtedy, gdy uświadomili sobie iluzoryczność odsieczy i nieuchronność klęski. Autor pokrótce przedstawił też ich wcześniejsze losy, zanim trafili pod Stalingrad. Kilku wysłano tam drogą lotniczą, już podczas oblężenia. W tym niektórych na własną prośbę – uroili sobie, że uczestnictwo w bitwie stalingradzkiej zapewni im wysokie odznaczenia bojowe i przyspieszy drogę awansową. Oczywiście po odblokowaniu kotła, w co święcie przed wylotem uwierzyli.
    Reasumując, książka przedstawia niezwykle realistyczny obraz kilkudziesięciu dni walk w oblężeniu, jak też zawiera opisy różnych żołnierskich zachowań, charakterów i refleksji wywołanych tragiczną sytuacją. Miłośnicy dobrej literatury pola walki na pewno się nie rozczarują. Jak dowiedziałem się z powołanej na wstępie notki w Wikipedii, „Stalingrad” to tylko jedna część wojennej trylogii Plieviera, pozostałe to „Moskwa” i „Berlin”. Tych dwóch innych nie znam, zdaje się, że nie było ich polskich wydań.
    Ostatnio edytowane przez Stały Bywalec ; 11-12-2021 o 11:10
    Serdecznie pozdrawiam
    Stały Bywalec.
    Pozdrawia Was także mój druh
    Jastrząb z Otrytu

  4. #314
    Bieszczadnik Awatar Leuthen
    Na forum od
    08.2008
    Rodem z
    Wrocław
    Postów
    626

    Domyślnie Odp: Co by tu poczytać? Kącik Ksiązki

    Cytat Zamieszczone przez Stały Bywalec Zobacz posta
    Poniższy tekst jeszcze w br. powinien znaleźć się na moim blogu. Ale premierę ma dziś tu.

    Theodor Plievier „Stalingrad”
    Wydawnictwo Ministerstwa Obrony Narodowej, Warszawa 1958
    Czytałem jak najbardziej w czasach współczesnych - w bieżącym stuleciu. Przyłączam się do opinii: warto przeczytać. Mocna rzecz! Do dziś pamiętam opis jak żołnierze niemieccy zaglądają do wagonów i odkrywają ich przerażającą "zawartość". Oraz to, że jeden z bohaterów tej powieści był wcześniej strażnikiem w obozie dla jeńców radzieckich. I ten finał, gdy ślady dwu bohaterów dołączają do tysięcy innych wyznaczających szlak wędrówki jeńców niemieckich do niewoli po kapitulacji - po latach powróci z niej tylko 6 tysięcy "Stalingradkaempfer"...

  5. #315
    Bieszczadnik
    Na forum od
    11.2001
    Rodem z
    Warszawa (Ochota)
    Postów
    2,485

    Domyślnie Odp: Co by tu poczytać? Kącik Ksiązki

    Poniższy tekst znajdzie się w mojej „Czytelni Książek Historycznych” dopiero za parę tygodni. Premierę ma dziś tu.

    Robert Walenciak „Gambit Jaruzelskiego. Ostatnia tajemnica stanu wojennego”
    Wydawca: Fundacja Oratio Recta, Warszawa 2021


    Trudno tę książkę sklasyfikować formalnie. Stanowi po części reportaż historyczny, można ją określić jako literaturę faktu, ale też składają się na nią osobiste wspomnienia i opinie głównych dramatis personae wydarzenia, którego 40-tą rocznicę obchodziliśmy dnia 13 grudnia 2021 r. Autor prezentuje się jako niezależny komentator poszukujący wyłącznie prawdy, bez znaczenia jakiego odcienia politycznego by ona nie była. I prawdę tę odkrywa, m.in. dokładnie analizując dostępne po latach radzieckie dokumenty. Nie bez kozery napisałem: dokładnie. Robert Walenciak demaskuje m.in. manipulatorskie czynności niektórych naszych historyków, którzy ze stenogramu dyskusji z posiedzenia Biura Politycznego KC KPZR w dniu 10 grudnia 1981 r. wysnuli „rewelacyjny” wniosek, jakoby Związek Radziecki nie zamierzał zbrojnie w Polsce interweniować. A zatem, w domyśle, tłumaczenie gen. Jaruzelskiego, iż stan wojenny zapobiegł takiej interwencji, wg nich nie wytrzymuje krytyki. W książce dokładnie są zacytowane fragmenty ww. stenogramu, z premedytacją pominięte przez owych historyków. Całość dostępnego tekstu dowodzi, że towarzysze radzieccy, i owszem, podjęli wówczas decyzję o nieinterwencji, lecz chodziło wtedy o rezygnację z wkroczenia do Polski wojsk Układu Warszawskiego równocześnie z wprowadzeniem w Polsce stanu wojennego (którego datę w dniu posiedzenia politbiura już na Kremlu znano). Czyli nie była to decyzja o nieinterwencji w ogóle, lecz tylko rezygnacja z przygotowanej interwencji „wspomagającej”. Natomiast groźba wkroczenia do PRL „sojuszniczych” sił zbrojnych ZSRR, w politycznym towarzystwie dywizji czechosłowackich i enerdowskich, pozostawała cały czas realna – w razie niewprowadzenia w Polsce stanu wojennego, bądź jego niepowodzenia.

    Autor dokładnie przeanalizował ówczesną rolę Polski w polityce międzynarodowej, gdzie byliśmy bardziej przedmiotem niż podmiotem. Przez nasz kraj wiódł najkrótszy szlak zaopatrzeniowy dla ok. 400 tys. żołnierzy radzieckich stacjonujących w NRD. Także około ich 100 tys. ulokowano w Polsce. Jedni i drudzy dysponowali strategiczną bronią jądrową. I nie chodziło przecież tylko o wojskową logistykę (transport, zaopatrzenie, etc.) w okresie pokoju. Trwała tzw. zimna wojna, w każdej chwili mogąca się przerodzić w rzeczywistą. Niedawno oglądałem na kanale TVP Historia odcinek cyklicznego programu pt. „Archiwum zimnej wojny”. Odcinek ten dotyczył pierwszych lat 80-tych i przygotowań w tym czasie do ofensywy wojsk Układu Warszawskiego przez terytorium Polski w kierunku północnych Niemiec i Danii. Twierdzenie, że na Kremlu AD 1981 pozwolono by na wyplątanie się PRL z gorsetu wspólnoty „demoludów” świadczy albo o złej woli głosicieli takiego poglądu, albo o ich polityczno-historycznej ignorancji. Nie bez znaczenia pozostawały też dla władców ZSRR, Czechosłowacji i NRD względy ideologiczne – wszak polska „zaraza” (Solidarność) mogła się rozprzestrzenić na kraje sąsiednie niczym współczesny covid-19 w mutacji omikron.

    Wyraz „gambit” posiada dwa znaczenia. Drugie, to nieszachowe, wytłumaczone jest jako (cyt. str. 197 w: „Słownik 100 tysięcy potrzebnych słów pod redakcją profesora Jerzego Bralczyka”, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2005): „działanie ryzykowne, podjęte w celu stworzenia korzystnej dla siebie sytuacji”. Jakiż był zatem ów tytułowy gambit Jaruzelskiego? Pozwolę go sobie, tak jak to zrozumiałem z lektury książki, wypunktować.

     Perfekcyjne (z punktu widzenia organizacji i logistyki) przygotowanie i przeprowadzenie operacji stanu wojennego. Także uzasadnione choć bardzo ryzykowne zwlekanie z decyzją o jego wprowadzeniu, ponieważ mogło to wyczerpać cierpliwość Breżniewa i jego świty.

     W polityce wewnątrzpartyjnej pozbawienie realnej władzy tych towarzyszy z polskiego politbiura, których zidentyfikowano jako faktycznych radzieckich agentów, kontaktujących się z ambasadorem ZSRR i z wojażującymi po Polsce (jawnie bądź incognito) radzieckimi generałami. Jaruzelski ów czołowy tzw. beton partyjny wtedy jedynie skutecznie zneutralizował, pozbył się zaś go całkowicie dopiero w połowie lat 80-tych.

     W polityce wewnętrznej brak możliwości i chęci Jaruzelskiego do dogadania się z Solidarnością, niezamierzającą dać się uczynić partyjną przybudówką na wzór peerelowskiej Centralnej Rady Związków Zawodowych (CRZZ). W kraju szalał kryzys ekonomiczny, w sklepach zaczynało brakować już w zasadzie wszystkiego (doskonale to pamiętam z autopsji). Zdesperowani pracownicy byli podatni na wszelkie hasła antyrządowe, antypartyjne i antyustrojowe. Ciągle albo strajk, albo pogotowie strajkowe. Chciano pracować jak w socjalizmie, ale zarabiać jak w kapitalizmie (czego bezsens wyjaśnił dopiero 10 lat później prof. Balcerowicz). Jedną z radzieckich opcji było podjęcie zbrojnej interwencji dopiero po wybuchu w Polsce wojny domowej. I zapewne by do niej doszło, ponieważ ZSRR planował w 1982 r. drastycznie ograniczyć nam dostawy ropy naftowej i gazu. Bez tych nośników energii i tak ledwo dysząca gospodarka PRL by padła, a wtedy cały polski naród (głodny, nieogrzany, nieleczony, pozbawiony transportu, etc.) wyszedłby na ulice. Od owej, już zaplanowanej redukcji Związek Radziecki odstąpił dopiero po wprowadzeniu u nas stanu wojennego.

     Równoczesne z ogłoszeniem stanu wojennego wyprowadzenie Ludowego Wojska Polskiego z koszar, skierowanie oddziałów (w pełni wyposażonych w broń i amunicję) na poligony oraz w miejsca blokad dużych ośrodków miejskich – dziwnym „zbiegiem okoliczności” były to rejony planowanych dyslokacji oddziałów radzieckich. W tej sytuacji, w razie podjęcia radzieckiej interwencji, naszego wojska nie można by odizolować w koszarach (jak to miało miejsce w przypadku armii czechosłowackiej w 1968 r.), a ponadto wejście „sił sojuszniczych” groziło niekontrolowanym wybuchem starć zbrojnych.

     Świadomość generała Jaruzelskiego, że rozpoczęcie radzieckiej interwencji wojskowej będzie stanowić koniec jego kariery politycznej, być może też kres jego życia. Nie chcąc doczekać upokarzającego aresztowania lub nawet doraźnej egzekucji, był przygotowany na popełnienie honorowego samobójstwa (co również sugerował, w takiej hipotetycznej sytuacji, Mieczysławowi Rakowskiemu).

    Reasumując polecam tę książkę wszystkim zainteresowanym okolicznościami wprowadzenia dnia 13 grudnia 1981 r. stanu wojennego w PRL i dalszego jego przebiegu. Także osobom, które – wskutek zmanipulowanej tzw. polityki historycznej – uwierzyły w urzędową wersję przekazu historycznego. Będą miały teraz okazję ją zweryfikować. Pod warunkiem, że nie cierpią na redukcję dysonansu poznawczego.

    Na zakończenie jednak też i parę słów krytyki – nie orientuję się tylko, czy pod adresem autora, czy wydawnictwa. Na str. 252 i 253 znajduje się tabelaryczny wykaz sił zbrojnych Ludowego Wojska Polskiego i planowanych sił interwencyjnych. Pomylono tam rozmieszczenie pozycji w tabeli – siły LWP wykazano jako liczniejsze i lepiej uzbrojone niż oddziały radzieckie, czechosłowackie i enerdowskie razem wzięte. O tym, iż jest to ewidentny błąd, można się przekonać podsumowując dane liczbowe z poszczególnych wierszy tabeli.
    Ostatnio edytowane przez Stały Bywalec ; 14-01-2022 o 16:56
    Serdecznie pozdrawiam
    Stały Bywalec.
    Pozdrawia Was także mój druh
    Jastrząb z Otrytu

  6. #316
    Bieszczadnik
    Na forum od
    05.2012
    Postów
    821

    Domyślnie Odp: Co by tu poczytać? Kącik Ksiązki

    Byłem w Trójmieście w czasie gdy Wałęsowie mieszkali już przy ulicy Polanki. Mogę podzielić się tylko okruchami jakie zostały mi w pamięci. Wtedy jako jeden z punktów wycieczki mieliśmy
    przejazd ulicą obok domu Wałęsów.
    Pamiętam, że w porcie pani przewodnik pokazywała nam rurociąg wychodzący daleko w morze(zatokę), który był zbudowany w czasach Gierka(któremu stanowczo odradzano ten projekt) i przystosowany do odbioru ropy z tankowców, których kilka sztuk wtedy mieliśmy. Sprawa była mało opłacalna i stało to prawie bezużyteczne, tankowce zaczęto wyprzedawać ale nie wszystkie. Według słów pani przewodnik gdybyśmy tego nie mieli, to ze strony ZSRR groził nam paraliż energetyczny.
    Odnośnie zasadności wprowadzenia stanu wojennego, to wypowiedzi Zbigniewa Brzezińskiego potwierdzają tezy zawarte w tej książce.
    Brzeziński był doradcą do spraw bezpieczeństwa narodowego USA za prezydentury Jimmy'ego Cartera w latach 1977-1981 i z tego co pamiętam,
    nie miał złudzeń co do ewentualnego zachowania Moskwy.

  7. #317
    Bieszczadnik Awatar mazg
    Na forum od
    01.2008
    Postów
    97

    Domyślnie Odp: Co by tu poczytać? Kącik Ksiązki

    ten rurociąg w morze to chyba była budowa portu Północnego...

  8. #318
    Forumowicz Roku 2018
    Kronikarz Roku 2018
    Forumowicz Roku 2017
    Kronikarz Roku 2014
    Ekspert Roku 2013
    Korespondent Roku 2008
    Awatar sir Bazyl
    Na forum od
    09.2005
    Rodem z
    Resmiasto
    Postów
    3,015

    Domyślnie Odp: Co by tu poczytać? Kącik Ksiązki

    Albert Wass „Czarownica z Funtinel”

    Niegdyś zachęcajkę do przeczytania książki zacząłem od opisu okładki (link) a dzisiejszą zacznę od ostatniego zdania , czyli na samym początku zdradzę Wam zakończenie :
    „Niech ta książka będzie hołdem złożonym przeszłości, pamiątką minionych dni, drogowskazem w ludzkiej dżungli.”

    I o tym właśnie jest ta powieść.
    Koniec.

    E tam, ściemniam – jeszcze kilka zdań skrobnę, żeby zachęcić, ponieważ wydaje mi się, że ta powieść jest u nas mało znana a moim zdaniem zasługuje na szersze zainteresowanie gdyż (i tu nie ma co ukrywać) jest fantastyczna! I to nie z tego powodu, że gdy była dostępna w księgarniach to umieszczano ją na półkach z fantastyką, jeno dlatego, że w sposób genialny przenosi czytających do czasów jeszcze niemalże dziewiczych Karpat Węgierskich (obecnie Rumuńskich):

    „A kiedy już mocno zatęsknisz za pięknem, a i za tym, by móc zapomnieć o ludziach, chodź, pójdziemy w górę wzdłuż rzeki Maros!
    Przy Dédzie dolina jest jeszcze szeroka, ale gdy pozostawisz za sobą piłę nieopodal Bystrego i dotrzesz tam, gdzie zielone wody potoku Galonya wlewają się do Maros, naraz gromadnie otoczą cię góry. Rzeka jest tam już płytka i wartka. Kamienie na czysto filtrują jej wody i pośród tych kamieni zobaczyć możesz przemykające pstrągi i lipienie. Podnóże lasu schodzi aż do pędzącej wody, a ze szczelin w ogromnych szarych skałach wychyla się jedna i druga słabowita brzózka i w znikającym lustrze podziwia swój biały pień.
    Do Ratosnyi dolina coraz bardziej się zwęża i gęstnieje las po obu jej stronach. Wody Zsizsy wpadają do rzeki już w szpalerze świerków, a dalej, za Ratosnyą, koronkowy grzbiet Lisztes wypiętrza się niemal nad twoją głową.
    Tutaj powietrze ma już swój własny zapach. Wiosną jest to aromat brzóz, latem – świerków, jesienią – buków. A jeśli napotkasz wiatr, poczujesz w nim poziomki, maliny, jagody, które wypełniają jary tam w górze. Gdy halą Kóbor wdrapiesz się na szczyt Andrenyásza i na wielkiej polanie zatrzymasz się przed kolibą węglarzy, ujrzysz przed sobą nasze piękne góry, wszystkie, każdą z nich. Na wschodzie Pietrosz, Cserbükk, Góry Kelimeńskie, na południu góry Ilva, Bélbor, Borszék, w kierunku zachodu łańcuchy łagodnych grzbietów Görgény, a na północy Tron Boży o płaskim szczycie.
    I pod sobą, tam głęboko, dostrzec możesz Maros, jak w ciasnych przesmykach zakręca to w jedną, to w drugą stronę, podobna do wąskiej srebrnej wstążki. I dokładnie naprzeciw ciebie, pod Szerecsen, zamknięty pomiędzy dwiema górami o ostrych szczytach, wpada do Maros potok. To właśnie jest Szalárd. Wypływa gdzieś daleko w górze, na grzbietach Görgény, i z rozległego, pokaźnego obszaru przynosi z sobą wody trzydziestu kilku potoczków. Wokół niego, dokąd tylko sięgną twe oczy, wszędzie jest las. Tylko las. I nigdzie twój wzrok nie dojrzy zagrody leżącej w odosobnieniu, wsi, nawet w odległości, do której przebycia potrzeba by dwóch dni.”


    Za czasów młodości nie trawiłem opisów przyrody a teraz je uwielbiam. Być może wtedy zniechęcały mnie smęcenia lekturowe, do których miałem chroniczne anty nastawienie. Może było tak, że te opisy w lekturach nie były najwyższych lotów? Nie wiem i na razie sprawdzał nie będę. Za to te zamieszczane przez Alberta Wassa po prostu mnie urzekają i działają niesamowicie na wyobraźnię, wybornie odmalowując karpackie pejzaże z całym ich przyrodniczym bogactwem.
    Powieść nie tylko obfituje we wspaniałe opisy szczytów, połonin, lasów, śródleśnych polan, rzek i potoków, jeleni, niedźwiedzi, dzików, głuszców i innych przedstawicieli fauny i flory ale też np. obiektów użyteczności ludzkiej:

    „Taki właśnie był ten dom, który powstał na hali Komárnyik. Gdy powoli i spokojnie wznoszono jego ściany, pomiędzy ładnie pachnące bale świerkowe wbudowało się coś z ciepła promieni słońca. Z czystości błękitu letniego nieba. Z zapachu kwiatów, który unosił się tam pod drzewami niczym jakiś niewidoczny woal. Wbudowało się weń ciche gruchanie gołębi grzywaczy, gwizd drozda, gdy rankiem zataczał łuk ponad polaną, chłodne opary rosy i ten cichy, kojący szmer, jakim czasem rozmawiały drzewa, gdy po cichutku przemykał pomiędzy nimi wiatr w papuciach z mchu.”

    „Naprzeciw ganku stał most. Jedyny most, który wiódł przez Maros, nad Szalárd. Zbudował go Márton, cieśla z Ilvy. Był to most osobliwy. Márton takie oto dostał zlecenie:
    – Ma to być taki most, żeby przeszedł po nim koń i krowa też, ale wóz już nie!
    I taki powstał ten most. Wąski na pięć stóp, z poręczą po obu stronach. Strzeliste jesionowe słupy dźwigały go wysoko nad wodą, żeby na wiosnę, gdy ruszają lody, nie zaszkodziła mu piętrząca się kra. Długi był, wysoki i wąski. Chybotał się pod nogami, a na środku wręcz huśtał się. A jednak nigdy nie było z nim problemu. Dobrze go posadowił Márton, ów cieśla.”


    Któż by nie chciał mieć takiego domu gdzieś na polanie za rzeką, przez którą prowadziłby tylko taki most? Ja bym chciał ale na razie widoki na to są marne Za to dzięki lekturze tej książki , kisząc się teraz w blokowisku mogę sobie poczytać i pomarzyć o takiej hawirze.
    Wracam na orbitę i zachęcam dalej:
    Akcja powieści rozgrywa się na przestrzeni kilkunastu lat. Główną bohaterką jest Nuca, tytułowa czarownica, która w wyniku pewnych okoliczności , jako dwunastoletnia dziewczyna pędzi żywot sama w domu znajdującym się na znacznie oddalonej od siedzib ludzkich górskiej polanie. Historia kilku/kilkunastu lat jej życia jest głównym motywem opowieści ale występuje tam wiele innych barwnych postaci. Są to m.in. Dumitru Wilk, Gáspár, duży Dudás i mały Dudás, Iwan ryży moskal, stary Vénség, Mihály, Birtalan, Csoban, Bandilla, Ferenc, Włochatouchy, Tóderik i inni. Wymienieni powyżej to ludzie, którzy parają się różnymi zajęciami (małomówni strażnicy leśni, przepadnicy, karczmarz, bartnik) bądź psy. Kto z nich jest człowiekiem a kto psem zdradzał nie będę :) Autor powieści co pewien czas przeplata główny wątek pogmatwanymi i ciekawymi historiami z ich życia.
    Wracając do głównej bohaterki to zdradzę tylko, że posiada ona pewne niecodzienne przypadłości/umiejętności, które tłumaczą tytuł i przez to pewnie umieszczano książkę w dziale fantastyka. Ale proszę się tym nie zrażać, gdyż to tak jakby umieścić książkę o indiańskich szamanach czy słowiańskich szeptuchach bądź zielarkach też w tym dziale.
    Jak już wcześniej wspomniałem akcja toczy się przez lat kilka więc obserwujemy wielokrotnie zmieniające się pory roku, które autor cudownie opisał:

    „Na próżno wysilały się ciemnoniebieskie lejki goryczki, żeby las uwierzył w lato: las już im nie wierzył. W głębinach jarów, w cieniu kotlin ziemia była już gotowa na przyjęcie pierwszego szronu. A powietrze było czyste i chłodne niczym stal, jakby wiatry odcedziły z niego ostatnie krople lata.
    Dobre było to rykowisko. Jeszcze nawet w południe byki nie odpoczywały, tyle że pomoczyły się w błocie, tam gdzie kąpie się dzika zwierzyna, a ich porykiwania słychać było to tu, to tam, w głębinie jarów lub w drągowinie. Kiedy zaś słońce poczynało się skłaniać ku zachodowi i mgła ruszała w górę wzdłuż potoków, odzywały się wszystkie naraz. Powietrze falowało koliście, ziemia jęczała. Wieczorem byki porykiwały już z górskich grzbietów, na polanach, na płaśniach hal, dopóki tylko trwała noc, bez przerwy waliły ich racice, stukały wieńce i ryczały gardła. Od tego wszystkiego powietrze aż drżało. A odurzone byki ryły przejętą dreszczami ciszę nocy. Piękne było to rykowisko.”


    „Bo jakżeż inne są wysokie góry zimą, ledwie można je rozpoznać! Tam, gdzie był nieprzebyty wiatrołom, tam jest gładki całun śniegu. Młoda choina zdaje się być raczej ośnieżoną skalną ścianą, a każda szczelina, którą wiatr wygrzebał w lesie, wabi ku sobie wędrowca, jakby była drogą, a w końcu prowadzi go w gęstwę nie do przebycia.
    A kiedy nadejdzie wieczór! Kiedy wszystko staje się szare i śmiertelnie jednakowe, drzewa wręcz strzelają, trzeszczą od mrozu, a człowiek jest zmęczony, głodny i wstrząsają nim dreszcze od potu, co przymarzł do ciała. Człowiek zatrzymuje się w środku ośnieżonych szczytów i naraz dochodzi do niego ta przygnębiająca, przeraźliwa cisza, która wraz z oparami zmierzchu opada na pogrzebane w śniegu lasy. To już nie jest cisza; to już jest sama śmierć, zabójcza, wielka samotność, która niczym jakaś ogromna trumna z kości zamyka w sobie zamarznięty świat i w nim też człowieka, który stoi tam tak śmiertelnie osamotniony, że aż krew zastyga w żyłach.
    Biada wówczas temu, kto się zatrzyma i zmęczony siądzie na śniegu, żeby odpocząć! Biada mu! Do rana wyciągnąłby się martwy na złudnym łożu, jeśliby go do tej pory nie pożarły włóczące się wilki. Biada temu, kto jest zmęczony i bezradny wobec spadającej nań zimowej nocy! Kogo sparaliżuje cisza. Kogo zaczaruje szarobiały bezruch. W kim nie ma siły i woli, żeby walczyć z każdą minutą. Kto nie potrafi znaleźć najodpowiedniejszej choiny, której gałęzie, niczym namiot, sięgają w dół do śniegu, nie odgarnie spod tych gałęzi lodu i białego puchu, nie nanosi do tego legowiska, ile tylko się da, świerkowych pędów. Kto jest już zbyt słaby, by zwalić kilka drzew i zbudować przed sobą ścianę, a pod ścianą ułożyć ogromny stos i przez całą bożą noc, czuwając, strzec ognia, żeby potem rankiem jeszcze bardziej zmęczony, z oczami na czerwono przeżartymi od mrozu i dymu, leczy żyw, żyw, móc dalej powędrować poprzez krainę, którą włada śmierć, poprzez góry.”


    Nie myślcie sobie, że tylko przyroda i przyroda i tak do znudzenia. Fabuły opisywać nie chcę, żeby pozostawić każdemu jej odkrywanie ale zapewniam, że toczy się wartko niczym wody górskich potoków i jest pełna zwrotów i niespodziewanych zdarzeń. A wracając do przyrody (a jakże ) to przytoczę też opisy innych zjawisk, np. wiatru:

    „Któż zna tajemnicę wiatrów tam wysoko, w krainie ośnieżonych szczytów, któż ją zna? Któż zna te zapadłe kotliny, gdzie owe wiatry kryją się w taki czas, wraz z upływem jesieni, pod wilgotną szubą deszczu, w szczelinach skał, przyczajone obok przemokniętych pni drzew? Któż je zna?
    Człowiek myśli, że to już koniec świata. Każde życie powoli więdnie i pada, podobnie jak liście z potarganych drzew. Gasną światła i barwy. Z każdym dniem gęstnieje szarzyzna, chmury stają się coraz cięższe i człowiek myśli, że to koniec świata.
    Po czym raptem zjawiają się wiatry. Któż to wie skąd? Któż to wie, w której kotlinie czaiły się do tej pory, pod którą skałą cierpliwie znosiły mgły i deszcze, które tam padają? A przecież wreszcie się zjawiają.
    Lecz są już inne, jakżeż inne!
    Nadchodzą któregoś wieczoru. Albo kiedy jest już nocka. Nie wiadomo skąd i kiedy. Raptem zaczyna gwizdać strych. Człowiek w ciemności siada na łóżku i zamienia się w słuch. I nagle do jego uszu dochodzi z daleka szum świerków. Wtedy już można wiedzieć: to one, wiatry.
    Kilka chwil i trzeszczą buki. Jęczą, wzdychają. Potok wyje w głos, jary zgrzytają zębami. Skrzypią okapy w chacie, szaleje ogień w piecu. Chłodne ostrza tną przestrzenie pomiędzy belkami i wydmuchują na środek izby starannie powtykany tam mech. Człowiek czuje, że na zewnątrz coś się oswobodziło. Rozpętało się i teraz galopuje poprzez góry, obala drzewa w drągowinie i zmusza jary do płaczu, przeczesuje przemoczoną wełnę choin i batem wybija mgły z kotlin. Huczy, świszcze przez calutką noc.”


    - mrozu i śniegu:

    „Kto zimę zna tylko w wygodnej izbie, przy ciepłym piecu, ten nawet nie może sobie wyobrazić, jak to jest, gdy człowiek o głodzie, szczękając zębami, brnie w śniegu, zboczem w górę, zboczem w dół, pośród dzikich świerkowych borów, okrutnie daleko od miejsca zamieszkanego przez ludzi. Kiedy pot przymarza człowiekowi do skóry, a płuca rozrywa mu zimne powietrze oddechu. Kiedy przy każdym kroku człowiek zapada się na tych bezdrożach po pas, a przy tym musi uważać nie tylko na śnieg, nie tylko na mróz, ale i na samą połoninę, na bezładnie pokręcone górskie grzbiety, żeby nie zgubić się na tym pustkowiu. Bo jakżeż inne są wysokie góry zimą, ledwie można je rozpoznać! Tam, gdzie był nieprzebyty wiatrołom, tam jest gładki całun śniegu. Młoda choina zdaje się być raczej ośnieżoną skalną ścianą, a każda szczelina, którą wiatr wygrzebał w lesie, wabi ku sobie wędrowca, jakby była drogą, a w końcu prowadzi go w gęstwę nie do przebycia.
    A kiedy nadejdzie wieczór! Kiedy wszystko staje się szare i śmiertelnie jednakowe, drzewa wręcz strzelają, trzeszczą od mrozu, a człowiek jest zmęczony, głodny i wstrząsają nim dreszcze od potu, co przymarzł do ciała. Człowiek zatrzymuje się w środku ośnieżonych szczytów i naraz dochodzi do niego ta przygnębiająca, przeraźliwa cisza, która wraz z oparami zmierzchu opada na pogrzebane w śniegu lasy. To już nie jest cisza; to już jest sama śmierć, zabójcza, wielka samotność, która niczym jakaś ogromna trumna z kości zamyka w sobie zamarznięty świat i w nim też człowieka, który stoi tam tak śmiertelnie osamotniony, że aż krew zastyga w żyłach.
    Biada wówczas temu, kto się zatrzyma i zmęczony siądzie na śniegu, żeby odpocząć! Biada mu! Do rana wyciągnąłby się martwy na złudnym łożu, jeśliby go do tej pory nie pożarły włóczące się wilki. Biada temu, kto jest zmęczony i bezradny wobec spadającej nań zimowej nocy! Kogo sparaliżuje cisza. Kogo zaczaruje szarobiały bezruch. W kim nie ma siły i woli, żeby walczyć z każdą minutą.”


    Do tej krainy sielskiej wkracza w pewnym momencie nowe, burząc dotychczasowy porządek:

    „Tamtego lata zaczęli budować kolej w górę wzdłuż Maros. Wcześniej mówili, że tylko do Szászrégen, potem jednak okazało się, że zbudują ją wysoko, aż po Dédę, a to z powodu piły barona. Okolicę po prostu zalali inżynierowie, którzy przez całe lato dokonywali pomiarów i słupkami wytyczali drogę dla parowej maszyny. Niewiele dbali o to, czyją ziemię rozcinają na dwoje. Gdzie taki inżynier wbił czerwony palik, tam od tej pory ziemia służyła już nie swemu dawnemu gospodarzowi, lecz państwu. Tak mówili.
    Oczywiście nocami ludzie starali się nieco poprawiać pracę inżynierów i tu i tam przesuwali paliki. Ale wszystko to w niczym im nie pomagało, a tylko sprowadzało na kark kłopoty i żandarmów. Za inżynierami stało, niczym jakiś niewidzialny potężny bóg, państwo, i ludzie musieli się nauczyć, że jest dwóch bogów.”


    Widać, że miejscowi starali się jak mogli temu zapobiec ale czy im się udało i jak przebiegało wkraczanie nowego dowiecie się z lektury tej powieści.
    Jest też sporo o ludzkich namiętnościach, uczuciach, uprzedzeniach, przywarach i zaletach.
    Np. o ludzkiej pazerności:

    „Bo wiesz, jakoś tak to jest: człowiek kręci się tu i tam po świecie, niczym jakiś niespokojny dziki zwierz, i czegoś szuka. Ale ledwie to znajdzie, już chce mieć z tego zysk, i w ten sposób wszystko psuje. Bo świat nie jest po to, żeby komuś przynosić zysk. Świat jest po to, żeby był piękny, żeby był pełen spokoju, żeby był dobry. Żeby można było w nim żyć, w znoju, jednak bez zysku. Bo sensem życia jest piękno. A zysk to najbardziej niepożyteczne słowo, jakie kiedykolwiek wymyślono. Jednak dzisiaj już człowiek w tej pogoni zaszedł tak daleko, że ilekroć zobaczy coś pięknego, natychmiast się zastanawia, jaki zysk mógłby z tego mieć. I dlatego jest tak, że to, co zbuduje, mając na uwadze ów cel, to całkiem szybko też upada. Najczęściej burzy to jakiś inny człowiek, zazdrosny o ów zysk, a na miejscu tego czegoś dawnego nie pozostaje nic, tylko plama pokrzyw: wieczny ślad po człowieku.
    Także u wylotu Szalárd żyli ludzie szukający zysku, mordowali las i dzisiaj już tylko pokrzywy zachowują pamięć o nich. Ile drobnych podłości owi ludzie uronili, tyle łodyg pokrzyw wyrosło z ziemi i nadal będzie wyrastać, póki istnieć będzie świat, ku pamięci i przestrodze.
    Ale to wszystko to są już nowsze sprawy. W tamtych czasach, kiedy żyli jeszcze ludzie, o których chcę ci opowiedzieć, kolej nie dochodziła w góry. Nie było również pił parowych, tylko tu i ówdzie jeden i drugi młyn wodny. Ale też i mało kto mieszkał w tamtych stronach.”


    I na koniec przytoczę fragment z samego początku książki:

    „Tam wysoko, ponad rzeką Maros, stoi góra Istenszéke – Tron Boży. Po jednej jego stronie rozgałęzia się potok Galonya, po drugiej płynie potok Bystry, a za nim widać szczyty Gór Kelimeńskich. Oczywiście dzisiaj nawet i tam świat nie jest już taki, jaki był naonczas, gdy Bóg przysiadł, by odpocząć pośród gór. Dzisiaj już nie przychodzi w tamte strony, gdy pragnie odpocząć. Przegnali go ludzie. Odstraszyły piły parowe, zgiełk i krzyki, hałas spowodowany wyrębem drzew, gwizdy lokomotyw; wiele zbudowanych naprędce, byle jak skleconych domów, śmieci, brud, brak spokoju i wszystko to, co wraz z człowiekiem przyszło z dolin.
    Dzisiaj już tylko na górskich grzbietach i tam, gdzie biją źródła, wciąż panuje porządek. To tam, w górę, przeniosły się także jelenie i tych kilka niedźwiedzi, które ocalały. Jesienią głosy wielkich byków przenikają poprzez mgłę i słychać je nawet w dolinie. Kiedy harujący przy parowych piłach ludzie je posłyszą, przeciągają po bladych czołach brudnymi rękoma i mają uczucie, jakby coś sobie przypominali.”


    Mimo, iż zamieściłem tu sporo cytatów, to nie łajajcie mnie, że zbyt wiele zdradziłem, gdyż to zaledwie trzy, cztery strony z powieści liczącej stron 877. Chciałem tylko dać miarodajną próbkę stylu pisarza, żeby każdy mógł pokosztować, czy mu smakuje, czy raczej niekoniecznie. Albert Wass oprócz tego, że był powieściopisarzem i poetą był również leśnikiem i w opisach czuć łączącą go więź z przyrodą, podziw nad jej misterium i zrozumienie zachodzących w niej cyklów. Jest pięknie, czasami wręcz baśniowo ale też bywa melancholijnie i smutno, że się nawet kilka razy wzruszyłem ukradkiem roniąc łzę w rękaw koszuli!
    Jeśli komuś przypadły do gustu takie powieści jak „Leśne morze” czy „Wzgórze błękitnego snu” Neverlego, „Na wysokiej połoninie” Vincenza to jest duża szansa, że i na „Czarownicy z Funtinel” się nie zawiedzie.
    Książkę polecam wszystkim przyrodolubom i miłośnikom Karpat.
    Dla mnie 10/10.
    "Rozum mówi nie raz: nie idź, a coś ciągnie nieprzeparcie i tylko słaby nie ulega; każdy z nas ma chwile lekkomyślności, którym zawdzięcza najpiękniejsze przeżycia." W. Krygowski

  9. #319
    Bieszczadnik
    Na forum od
    11.2008
    Postów
    339

    Domyślnie Odp: Co by tu poczytać? Kącik Ksiązki

    Zaproponuję dwie pozycje ze znanej serii wyd.Czarne - Reportaż.

    https://czarne.com.pl/katalog/ksiazki/nomadland

    https://czarne.com.pl/katalog/ksiazki/karawana-kryzysu

    Czytam dużo i od zawsze ale już dawno słowo pisane tak mną nie wstrząsnęło.
    Zresztą przeczytajcie sami - naprawdę warto.

  10. #320
    Fotografik Roku 2010
    Fotografik Roku 2009
    Fotografik Roku 2008

    Awatar bartolomeo
    Na forum od
    07.2005
    Postów
    4,175

    Domyślnie Odp: Co by tu poczytać? Kącik Ksiązki

    Czterech panów B.

Informacje o wątku

Użytkownicy przeglądający ten wątek

Aktualnie 1 użytkownik(ów) przegląda ten wątek. (0 zarejestrowany(ch) oraz 1 gości)

Podobne wątki

  1. Poszukuję książki
    Przez stary w dziale Bibliografia Bieszczadów
    Odpowiedzi: 19
    Ostatni post / autor: 03-03-2013, 15:27
  2. Książka za uśmiech
    Przez komisaRz von Ryba w dziale Oftopik
    Odpowiedzi: 0
    Ostatni post / autor: 25-10-2011, 11:27
  3. Kącik Facjat Zakazanych
    Przez trzykropkiinicwiecej w dziale Oftopik
    Odpowiedzi: 23
    Ostatni post / autor: 26-04-2011, 18:38
  4. Książka o kulturze cerkiewnej
    Przez Trauma w dziale Oftopik
    Odpowiedzi: 3
    Ostatni post / autor: 24-11-2008, 21:10

Zakładki

Zakładki

Uprawnienia umieszczania postów

  • Nie możesz zakładać nowych tematów
  • Nie możesz pisać wiadomości
  • Nie możesz dodawać załączników
  • Nie możesz edytować swoich postów
  •