..mówi że wschód zaczyna się za linią Wisły, że jak z Grochowa do Warszawy, lewobrzeżnej Warszawy, jeździł, to czuł się jakby był w innym świecie - na zachodzie.
Też tak mam; np. supermarket na Grochowie, a już w ogóle Praga Północ, hmm, mówiłem, że czuje się tam jak w domu, ale to nie tak, czuje się tam swojsko - właśnie jak na wschodzie!
Znajomi prażanie ze Strzeleckiej, jak zobaczyli gruzińskie, sypiące się gruzem blokowiska, żartowali: "po cośmy tu przylecieli, przecież u nas jest tak samo!"
Lubię spokojny, zielony Żoliborz, ładnie jest na Mariensztacie, ale nawet na placu Szembeka czuję się lepiej, chociaż tam nic przecież nie ma.
Ale nie powiem, w wielu warszawskich miejscach na lewo od Wisły też czuję się jak na wschodzie.
Co innego w naszych beskido-nisko-bieszczedzkich okolicach - ta Wisła jest jakoś tak daleko. Na zachodzie. Nie powiem, jest i u nas coś ze wschodu, ale ja prawdziwy wschód czuję dopiero po przekroczeniu granicy.
Gdy się już zatrzymam pod pierwszym mahazynem, po pierwszym łyku lvivskiego, czuję takie tąpnięcie czasu, implozję, w której ów czas się zapada, przestaje istnieć, przestaje istnieć na jakiś, nie wiadomo na jaki czas - uwielbiam ten moment.