Albert Wass „Czarownica z Funtinel”
Niegdyś zachęcajkę do przeczytania książki zacząłem od opisu okładki (link) a dzisiejszą zacznę od ostatniego zdania, czyli na samym początku zdradzę Wam zakończenie
:
„Niech ta książka będzie hołdem złożonym przeszłości, pamiątką minionych dni, drogowskazem w ludzkiej dżungli.”
I o tym właśnie jest ta powieść.
Koniec.
E tam, ściemniam – jeszcze kilka zdań skrobnę, żeby zachęcić, ponieważ wydaje mi się, że ta powieść jest u nas mało znana a moim zdaniem zasługuje na szersze zainteresowanie gdyż (i tu nie ma co ukrywać) jest fantastyczna! I to nie z tego powodu, że gdy była dostępna w księgarniach to umieszczano ją na półkach z fantastyką, jeno dlatego, że w sposób genialny przenosi czytających do czasów jeszcze niemalże dziewiczych Karpat Węgierskich (obecnie Rumuńskich):
„A kiedy już mocno zatęsknisz za pięknem, a i za tym, by móc zapomnieć o ludziach, chodź, pójdziemy w górę wzdłuż rzeki Maros!
Przy Dédzie dolina jest jeszcze szeroka, ale gdy pozostawisz za sobą piłę nieopodal Bystrego i dotrzesz tam, gdzie zielone wody potoku Galonya wlewają się do Maros, naraz gromadnie otoczą cię góry. Rzeka jest tam już płytka i wartka. Kamienie na czysto filtrują jej wody i pośród tych kamieni zobaczyć możesz przemykające pstrągi i lipienie. Podnóże lasu schodzi aż do pędzącej wody, a ze szczelin w ogromnych szarych skałach wychyla się jedna i druga słabowita brzózka i w znikającym lustrze podziwia swój biały pień.
Do Ratosnyi dolina coraz bardziej się zwęża i gęstnieje las po obu jej stronach. Wody Zsizsy wpadają do rzeki już w szpalerze świerków, a dalej, za Ratosnyą, koronkowy grzbiet Lisztes wypiętrza się niemal nad twoją głową.
Tutaj powietrze ma już swój własny zapach. Wiosną jest to aromat brzóz, latem – świerków, jesienią – buków. A jeśli napotkasz wiatr, poczujesz w nim poziomki, maliny, jagody, które wypełniają jary tam w górze. Gdy halą Kóbor wdrapiesz się na szczyt Andrenyásza i na wielkiej polanie zatrzymasz się przed kolibą węglarzy, ujrzysz przed sobą nasze piękne góry, wszystkie, każdą z nich. Na wschodzie Pietrosz, Cserbükk, Góry Kelimeńskie, na południu góry Ilva, Bélbor, Borszék, w kierunku zachodu łańcuchy łagodnych grzbietów Görgény, a na północy Tron Boży o płaskim szczycie.
I pod sobą, tam głęboko, dostrzec możesz Maros, jak w ciasnych przesmykach zakręca to w jedną, to w drugą stronę, podobna do wąskiej srebrnej wstążki. I dokładnie naprzeciw ciebie, pod Szerecsen, zamknięty pomiędzy dwiema górami o ostrych szczytach, wpada do Maros potok. To właśnie jest Szalárd. Wypływa gdzieś daleko w górze, na grzbietach Görgény, i z rozległego, pokaźnego obszaru przynosi z sobą wody trzydziestu kilku potoczków. Wokół niego, dokąd tylko sięgną twe oczy, wszędzie jest las. Tylko las. I nigdzie twój wzrok nie dojrzy zagrody leżącej w odosobnieniu, wsi, nawet w odległości, do której przebycia potrzeba by dwóch dni.”
Za czasów młodości nie trawiłem opisów przyrody a teraz je uwielbiam. Być może wtedy zniechęcały mnie smęcenia lekturowe, do których miałem chroniczne anty nastawienie. Może było tak, że te opisy w lekturach nie były najwyższych lotów? Nie wiem i na razie sprawdzał nie będę. Za to te zamieszczane przez Alberta Wassa po prostu mnie urzekają i działają niesamowicie na wyobraźnię, wybornie odmalowując karpackie pejzaże z całym ich przyrodniczym bogactwem.
Powieść nie tylko obfituje we wspaniałe opisy szczytów, połonin, lasów, śródleśnych polan, rzek i potoków, jeleni, niedźwiedzi, dzików, głuszców i innych przedstawicieli fauny i flory ale też np. obiektów użyteczności ludzkiej:
„Taki właśnie był ten dom, który powstał na hali Komárnyik. Gdy powoli i spokojnie wznoszono jego ściany, pomiędzy ładnie pachnące bale świerkowe wbudowało się coś z ciepła promieni słońca. Z czystości błękitu letniego nieba. Z zapachu kwiatów, który unosił się tam pod drzewami niczym jakiś niewidoczny woal. Wbudowało się weń ciche gruchanie gołębi grzywaczy, gwizd drozda, gdy rankiem zataczał łuk ponad polaną, chłodne opary rosy i ten cichy, kojący szmer, jakim czasem rozmawiały drzewa, gdy po cichutku przemykał pomiędzy nimi wiatr w papuciach z mchu.”
„Naprzeciw ganku stał most. Jedyny most, który wiódł przez Maros, nad Szalárd. Zbudował go Márton, cieśla z Ilvy. Był to most osobliwy. Márton takie oto dostał zlecenie:
– Ma to być taki most, żeby przeszedł po nim koń i krowa też, ale wóz już nie!
I taki powstał ten most. Wąski na pięć stóp, z poręczą po obu stronach. Strzeliste jesionowe słupy dźwigały go wysoko nad wodą, żeby na wiosnę, gdy ruszają lody, nie zaszkodziła mu piętrząca się kra. Długi był, wysoki i wąski. Chybotał się pod nogami, a na środku wręcz huśtał się. A jednak nigdy nie było z nim problemu. Dobrze go posadowił Márton, ów cieśla.”
Któż by nie chciał mieć takiego domu gdzieś na polanie za rzeką, przez którą prowadziłby tylko taki most? Ja bym chciałale na razie widoki na to są marne
Za to dzięki lekturze tej książki , kisząc się teraz w blokowisku mogę sobie poczytać i pomarzyć o takiej hawirze.
Wracam na orbitę i zachęcam dalej:
Akcja powieści rozgrywa się na przestrzeni kilkunastu lat. Główną bohaterką jest Nuca, tytułowa czarownica, która w wyniku pewnych okoliczności , jako dwunastoletnia dziewczyna pędzi żywot sama w domu znajdującym się na znacznie oddalonej od siedzib ludzkich górskiej polanie. Historia kilku/kilkunastu lat jej życia jest głównym motywem opowieści ale występuje tam wiele innych barwnych postaci. Są to m.in. Dumitru Wilk, Gáspár, duży Dudás i mały Dudás, Iwan ryży moskal, stary Vénség, Mihály, Birtalan, Csoban, Bandilla, Ferenc, Włochatouchy, Tóderik i inni. Wymienieni powyżej to ludzie, którzy parają się różnymi zajęciami (małomówni strażnicy leśni, przepadnicy, karczmarz, bartnik) bądź psy. Kto z nich jest człowiekiem a kto psem zdradzał nie będę :) Autor powieści co pewien czas przeplata główny wątek pogmatwanymi i ciekawymi historiami z ich życia.
Wracając do głównej bohaterki to zdradzę tylko, że posiada ona pewne niecodzienne przypadłości/umiejętności, które tłumaczą tytuł i przez to pewnie umieszczano książkę w dziale fantastyka. Ale proszę się tym nie zrażać, gdyż to tak jakby umieścić książkę o indiańskich szamanach czy słowiańskich szeptuchach bądź zielarkach też w tym dziale.
Jak już wcześniej wspomniałem akcja toczy się przez lat kilka więc obserwujemy wielokrotnie zmieniające się pory roku, które autor cudownie opisał:
„Na próżno wysilały się ciemnoniebieskie lejki goryczki, żeby las uwierzył w lato: las już im nie wierzył. W głębinach jarów, w cieniu kotlin ziemia była już gotowa na przyjęcie pierwszego szronu. A powietrze było czyste i chłodne niczym stal, jakby wiatry odcedziły z niego ostatnie krople lata.
Dobre było to rykowisko. Jeszcze nawet w południe byki nie odpoczywały, tyle że pomoczyły się w błocie, tam gdzie kąpie się dzika zwierzyna, a ich porykiwania słychać było to tu, to tam, w głębinie jarów lub w drągowinie. Kiedy zaś słońce poczynało się skłaniać ku zachodowi i mgła ruszała w górę wzdłuż potoków, odzywały się wszystkie naraz. Powietrze falowało koliście, ziemia jęczała. Wieczorem byki porykiwały już z górskich grzbietów, na polanach, na płaśniach hal, dopóki tylko trwała noc, bez przerwy waliły ich racice, stukały wieńce i ryczały gardła. Od tego wszystkiego powietrze aż drżało. A odurzone byki ryły przejętą dreszczami ciszę nocy. Piękne było to rykowisko.”
„Bo jakżeż inne są wysokie góry zimą, ledwie można je rozpoznać! Tam, gdzie był nieprzebyty wiatrołom, tam jest gładki całun śniegu. Młoda choina zdaje się być raczej ośnieżoną skalną ścianą, a każda szczelina, którą wiatr wygrzebał w lesie, wabi ku sobie wędrowca, jakby była drogą, a w końcu prowadzi go w gęstwę nie do przebycia.
A kiedy nadejdzie wieczór! Kiedy wszystko staje się szare i śmiertelnie jednakowe, drzewa wręcz strzelają, trzeszczą od mrozu, a człowiek jest zmęczony, głodny i wstrząsają nim dreszcze od potu, co przymarzł do ciała. Człowiek zatrzymuje się w środku ośnieżonych szczytów i naraz dochodzi do niego ta przygnębiająca, przeraźliwa cisza, która wraz z oparami zmierzchu opada na pogrzebane w śniegu lasy. To już nie jest cisza; to już jest sama śmierć, zabójcza, wielka samotność, która niczym jakaś ogromna trumna z kości zamyka w sobie zamarznięty świat i w nim też człowieka, który stoi tam tak śmiertelnie osamotniony, że aż krew zastyga w żyłach.
Biada wówczas temu, kto się zatrzyma i zmęczony siądzie na śniegu, żeby odpocząć! Biada mu! Do rana wyciągnąłby się martwy na złudnym łożu, jeśliby go do tej pory nie pożarły włóczące się wilki. Biada temu, kto jest zmęczony i bezradny wobec spadającej nań zimowej nocy! Kogo sparaliżuje cisza. Kogo zaczaruje szarobiały bezruch. W kim nie ma siły i woli, żeby walczyć z każdą minutą. Kto nie potrafi znaleźć najodpowiedniejszej choiny, której gałęzie, niczym namiot, sięgają w dół do śniegu, nie odgarnie spod tych gałęzi lodu i białego puchu, nie nanosi do tego legowiska, ile tylko się da, świerkowych pędów. Kto jest już zbyt słaby, by zwalić kilka drzew i zbudować przed sobą ścianę, a pod ścianą ułożyć ogromny stos i przez całą bożą noc, czuwając, strzec ognia, żeby potem rankiem jeszcze bardziej zmęczony, z oczami na czerwono przeżartymi od mrozu i dymu, leczy żyw, żyw, móc dalej powędrować poprzez krainę, którą włada śmierć, poprzez góry.”
Nie myślcie sobie, że tylko przyroda i przyroda i tak do znudzenia. Fabuły opisywać nie chcę, żeby pozostawić każdemu jej odkrywanie ale zapewniam, że toczy się wartko niczym wody górskich potoków i jest pełna zwrotów i niespodziewanych zdarzeń. A wracając do przyrody (a jakże) to przytoczę też opisy innych zjawisk, np. wiatru:
„Któż zna tajemnicę wiatrów tam wysoko, w krainie ośnieżonych szczytów, któż ją zna? Któż zna te zapadłe kotliny, gdzie owe wiatry kryją się w taki czas, wraz z upływem jesieni, pod wilgotną szubą deszczu, w szczelinach skał, przyczajone obok przemokniętych pni drzew? Któż je zna?
Człowiek myśli, że to już koniec świata. Każde życie powoli więdnie i pada, podobnie jak liście z potarganych drzew. Gasną światła i barwy. Z każdym dniem gęstnieje szarzyzna, chmury stają się coraz cięższe i człowiek myśli, że to koniec świata.
Po czym raptem zjawiają się wiatry. Któż to wie skąd? Któż to wie, w której kotlinie czaiły się do tej pory, pod którą skałą cierpliwie znosiły mgły i deszcze, które tam padają? A przecież wreszcie się zjawiają.
Lecz są już inne, jakżeż inne!
Nadchodzą któregoś wieczoru. Albo kiedy jest już nocka. Nie wiadomo skąd i kiedy. Raptem zaczyna gwizdać strych. Człowiek w ciemności siada na łóżku i zamienia się w słuch. I nagle do jego uszu dochodzi z daleka szum świerków. Wtedy już można wiedzieć: to one, wiatry.
Kilka chwil i trzeszczą buki. Jęczą, wzdychają. Potok wyje w głos, jary zgrzytają zębami. Skrzypią okapy w chacie, szaleje ogień w piecu. Chłodne ostrza tną przestrzenie pomiędzy belkami i wydmuchują na środek izby starannie powtykany tam mech. Człowiek czuje, że na zewnątrz coś się oswobodziło. Rozpętało się i teraz galopuje poprzez góry, obala drzewa w drągowinie i zmusza jary do płaczu, przeczesuje przemoczoną wełnę choin i batem wybija mgły z kotlin. Huczy, świszcze przez calutką noc.”
- mrozu i śniegu:
„Kto zimę zna tylko w wygodnej izbie, przy ciepłym piecu, ten nawet nie może sobie wyobrazić, jak to jest, gdy człowiek o głodzie, szczękając zębami, brnie w śniegu, zboczem w górę, zboczem w dół, pośród dzikich świerkowych borów, okrutnie daleko od miejsca zamieszkanego przez ludzi. Kiedy pot przymarza człowiekowi do skóry, a płuca rozrywa mu zimne powietrze oddechu. Kiedy przy każdym kroku człowiek zapada się na tych bezdrożach po pas, a przy tym musi uważać nie tylko na śnieg, nie tylko na mróz, ale i na samą połoninę, na bezładnie pokręcone górskie grzbiety, żeby nie zgubić się na tym pustkowiu. Bo jakżeż inne są wysokie góry zimą, ledwie można je rozpoznać! Tam, gdzie był nieprzebyty wiatrołom, tam jest gładki całun śniegu. Młoda choina zdaje się być raczej ośnieżoną skalną ścianą, a każda szczelina, którą wiatr wygrzebał w lesie, wabi ku sobie wędrowca, jakby była drogą, a w końcu prowadzi go w gęstwę nie do przebycia.
A kiedy nadejdzie wieczór! Kiedy wszystko staje się szare i śmiertelnie jednakowe, drzewa wręcz strzelają, trzeszczą od mrozu, a człowiek jest zmęczony, głodny i wstrząsają nim dreszcze od potu, co przymarzł do ciała. Człowiek zatrzymuje się w środku ośnieżonych szczytów i naraz dochodzi do niego ta przygnębiająca, przeraźliwa cisza, która wraz z oparami zmierzchu opada na pogrzebane w śniegu lasy. To już nie jest cisza; to już jest sama śmierć, zabójcza, wielka samotność, która niczym jakaś ogromna trumna z kości zamyka w sobie zamarznięty świat i w nim też człowieka, który stoi tam tak śmiertelnie osamotniony, że aż krew zastyga w żyłach.
Biada wówczas temu, kto się zatrzyma i zmęczony siądzie na śniegu, żeby odpocząć! Biada mu! Do rana wyciągnąłby się martwy na złudnym łożu, jeśliby go do tej pory nie pożarły włóczące się wilki. Biada temu, kto jest zmęczony i bezradny wobec spadającej nań zimowej nocy! Kogo sparaliżuje cisza. Kogo zaczaruje szarobiały bezruch. W kim nie ma siły i woli, żeby walczyć z każdą minutą.”
Do tej krainy sielskiej wkracza w pewnym momencie nowe, burząc dotychczasowy porządek:
„Tamtego lata zaczęli budować kolej w górę wzdłuż Maros. Wcześniej mówili, że tylko do Szászrégen, potem jednak okazało się, że zbudują ją wysoko, aż po Dédę, a to z powodu piły barona. Okolicę po prostu zalali inżynierowie, którzy przez całe lato dokonywali pomiarów i słupkami wytyczali drogę dla parowej maszyny. Niewiele dbali o to, czyją ziemię rozcinają na dwoje. Gdzie taki inżynier wbił czerwony palik, tam od tej pory ziemia służyła już nie swemu dawnemu gospodarzowi, lecz państwu. Tak mówili.
Oczywiście nocami ludzie starali się nieco poprawiać pracę inżynierów i tu i tam przesuwali paliki. Ale wszystko to w niczym im nie pomagało, a tylko sprowadzało na kark kłopoty i żandarmów. Za inżynierami stało, niczym jakiś niewidzialny potężny bóg, państwo, i ludzie musieli się nauczyć, że jest dwóch bogów.”
Widać, że miejscowi starali się jak mogli temu zapobiec ale czy im się udało i jak przebiegało wkraczanie nowego dowiecie się z lektury tej powieści.
Jest też sporo o ludzkich namiętnościach, uczuciach, uprzedzeniach, przywarach i zaletach.
Np. o ludzkiej pazerności:
„Bo wiesz, jakoś tak to jest: człowiek kręci się tu i tam po świecie, niczym jakiś niespokojny dziki zwierz, i czegoś szuka. Ale ledwie to znajdzie, już chce mieć z tego zysk, i w ten sposób wszystko psuje. Bo świat nie jest po to, żeby komuś przynosić zysk. Świat jest po to, żeby był piękny, żeby był pełen spokoju, żeby był dobry. Żeby można było w nim żyć, w znoju, jednak bez zysku. Bo sensem życia jest piękno. A zysk to najbardziej niepożyteczne słowo, jakie kiedykolwiek wymyślono. Jednak dzisiaj już człowiek w tej pogoni zaszedł tak daleko, że ilekroć zobaczy coś pięknego, natychmiast się zastanawia, jaki zysk mógłby z tego mieć. I dlatego jest tak, że to, co zbuduje, mając na uwadze ów cel, to całkiem szybko też upada. Najczęściej burzy to jakiś inny człowiek, zazdrosny o ów zysk, a na miejscu tego czegoś dawnego nie pozostaje nic, tylko plama pokrzyw: wieczny ślad po człowieku.
Także u wylotu Szalárd żyli ludzie szukający zysku, mordowali las i dzisiaj już tylko pokrzywy zachowują pamięć o nich. Ile drobnych podłości owi ludzie uronili, tyle łodyg pokrzyw wyrosło z ziemi i nadal będzie wyrastać, póki istnieć będzie świat, ku pamięci i przestrodze.
Ale to wszystko to są już nowsze sprawy. W tamtych czasach, kiedy żyli jeszcze ludzie, o których chcę ci opowiedzieć, kolej nie dochodziła w góry. Nie było również pił parowych, tylko tu i ówdzie jeden i drugi młyn wodny. Ale też i mało kto mieszkał w tamtych stronach.”
I na koniec przytoczę fragment z samego początku książki:
„Tam wysoko, ponad rzeką Maros, stoi góra Istenszéke – Tron Boży. Po jednej jego stronie rozgałęzia się potok Galonya, po drugiej płynie potok Bystry, a za nim widać szczyty Gór Kelimeńskich. Oczywiście dzisiaj nawet i tam świat nie jest już taki, jaki był naonczas, gdy Bóg przysiadł, by odpocząć pośród gór. Dzisiaj już nie przychodzi w tamte strony, gdy pragnie odpocząć. Przegnali go ludzie. Odstraszyły piły parowe, zgiełk i krzyki, hałas spowodowany wyrębem drzew, gwizdy lokomotyw; wiele zbudowanych naprędce, byle jak skleconych domów, śmieci, brud, brak spokoju i wszystko to, co wraz z człowiekiem przyszło z dolin.
Dzisiaj już tylko na górskich grzbietach i tam, gdzie biją źródła, wciąż panuje porządek. To tam, w górę, przeniosły się także jelenie i tych kilka niedźwiedzi, które ocalały. Jesienią głosy wielkich byków przenikają poprzez mgłę i słychać je nawet w dolinie. Kiedy harujący przy parowych piłach ludzie je posłyszą, przeciągają po bladych czołach brudnymi rękoma i mają uczucie, jakby coś sobie przypominali.”
Mimo, iż zamieściłem tu sporo cytatów, to nie łajajcie mnie, że zbyt wiele zdradziłem, gdyż to zaledwie trzy, cztery strony z powieści liczącej stron 877. Chciałem tylko dać miarodajną próbkę stylu pisarza, żeby każdy mógł pokosztować, czy mu smakuje, czy raczej niekoniecznie. Albert Wass oprócz tego, że był powieściopisarzem i poetą był również leśnikiem i w opisach czuć łączącą go więź z przyrodą, podziw nad jej misterium i zrozumienie zachodzących w niej cyklów. Jest pięknie, czasami wręcz baśniowo ale też bywa melancholijnie i smutno, że się nawet kilka razy wzruszyłem ukradkiem roniąc łzę w rękaw koszuli!
Jeśli komuś przypadły do gustu takie powieści jak „Leśne morze” czy „Wzgórze błękitnego snu” Neverlego, „Na wysokiej połoninie” Vincenza to jest duża szansa, że i na „Czarownicy z Funtinel” się nie zawiedzie.
Książkę polecam wszystkim przyrodolubom i miłośnikom Karpat.
Dla mnie 10/10.


Odpowiedz z cytatem