Renatka wraca do Karawanu i jdzie po nas w miejsce, które z trudem jej wytłumaczyłem. My z Barnabą idziemy ścieżką. W pewnym momencie ścieżka się kończy. Przedzieramy sie przez krzaczory na przełaj. Wracać nie ma po co, bo karawan już odjechał. Barnaba prowadzi. Naraz góra się kończy. Zjeżdżamy na tyłkach po błocie kilka metrów w dół. Wyglądamy ślicznie. Jakimś jarem podążamy w dół. Myślę sobie, że szczęście, że nie pada, bo w tym jarze bylibyśmy w niezłej pułapce. Stromo w dół jarem wśród pni, gałęzi w kamieni schodzimy coraz niżej. W pewnym momencie od jaru odchodzi w prawo droga. Idziemy drogą. Wychodzimy na piękne łąki Rabego. Podchodzimy w górę coby się zorientować, w którym miejscu wyszliśmy z lasu. Daleko widać dym od wypału. Kierujemy się na niego. Po mozolnym marszu wśród traw sięgających ramion zbliżamy się do wypału. Znowu stromo w dół. Łąka podmokła. Trzeba uważać, bo można zapaść się w wodę powyżej buta. Ja tego nie lubię. Dochodzimy do wypału. Zmęczeni, ale radośni. Odpoczynek spędzamy na rozmowie z pracownikami wypalającymi węgiel drzewny. Renatka czeka na nas w umówionym miejscu. Jedziemy na basen do Zelmeru. Dobrze nam to robi. Potem obiad a Karczmie w Baligrodzie. Obiad dobry. Dobra zupa, schabowy z serem i szynką i podwójnymi ziemniakami, duża surówka i sok. Razem 17 PLN. Podwozimy Barnabę do Cisnej i wracamy do Polańczyka.


Odpowiedz z cytatem