Dzień następny.
Około południa wyjeżdżamy z Polańczyka. Do Wołkowyi. Tam skręcamy w prawoi kierujemy się na Górzankę. Po minięciu leśniczówki w Woli Górzańskiej i przeprawieniu się przez pierwszy bród zatrzymuję Karawan przed drugim brodem. W tym miejscu chciałbym zaznaczyć, że przejazd przez te trzy brody podczas tego pobytu w Bieszczadzie nie stanowił jakiegokolwiek problemu dla mojego Karawanu :) ,a jeździłem tam kilkakrotnie. Gorsza jest sama droga niż te brody. Niektórzy z Was już się połapali, że chcemy obejrzeć wodospad Czartów Młyn :) . Zostawiamy pięknie zaparkowane na poboczu drogi autko i wyruszamy w drogę. Po kilkudziesięciu metrach pojawił się problem natury wodne
j. Ścieżkę w poprzek przecinała nam Wołkowyjka. Ponieważ nie chcieliśmy, aby woda wlała się nam górą do butów grzecznie siedliśmy sobie na brzegu i je zdjęliśmy. Nogawki podciągnęliśmy do kolan i przeprawiliśmy się na drugą stronę. :D Woda zimna, kamienie oślizłe ale balansując całym ciałem i podpierając się laską / czyli bukowym kijem/ udało się bez upadku przebyć ten odcinek. Dalej idziemy jak zrywkowa droga prowadzi. Niestety nie przygotowałem się dobrze do lekcji /czytaj: pobierznie zaznajomiłem się z mapą/
więc nie wiedziałem, że potok Czartów Młyn powinienem mieć po lewej ręce
. My mieliśmy go po prawej. Idąc mozolnie drogą zrywkową pod górę z każdym metrem oddalaliśmy się od potoku :o Jak już go nie tylko nie widzieliśmy ale nawet nie słyszeliśmy zacząłem się zastanawiać, czy aby na pewno idziemy właściwą drogą
Po kilkunastu minutach dojrzałem do decyzj
: Sprawdzę na mapie
Okazuje się, że moje przypuszczenia są trafne. Jesteśmy wysoko na zboczach Wysokiej Skały. Postanawiam znaleźć jakąś drogę na przełaj, którą można dojść z powrotem do potoku. Jak już takową znalazłem to Renatka oznajmia mi, że ona takim stromym zboczem po błocie i krzakach schodzić nie będzie
Przecież ją bolą krzyże. Zachowałem się wtedy jak kochający mąż
![]()
. Odprowadziłem ją z powrotem do drogi zrywkowej i powiedziałem jej, że teraz już nie zabłądzi i może wrócić do samochodu
. I tak się rozstaliśmy. Ja poszedłem na przełaj ostro w dół. Udało się bez upadku aczkolwiek parę razy nie wiedziałem dlaczego. Zrozumiałem, że Renatka tędy by nie przeszła. No cóż. Wracać do niej już nie było sensu. Przekroczyłem Czartów Młyn i poszedłem w górę do wodospadu. Miejsce jest naprawdę urocze i warte odwiedzenia. Nazwa Wodospad jest przesadzona
i ten kto się spodziewa jakiegoś dużego wodospadu będzie mocno rozczarowany. Należy pamiętać o tym, że w Bieszczadzie Niagary się nie znajdzie…
Połaziłem po głazach i kamieniach w korycie Czarciego porobiłem kilka fotek i postanowiłem sprawdzić czy żona moja już dotarła do Karawanu. W tym momencie dostałem olśnienia: kluczyki mam ze sobą
No to sobie nie usiądzie. Wracam na dół. Nie bardzo się śpieszyłem, ponieważ jeszcze interesowało mnie co znajduje się wtych czy tamtych krzaczorach. Trochę sobie pochaszczowałem. Jak już zszedłem na dół to Renatka stała już po drugiej stronie Wołkowyjki i czekała na mnie. Nie siadała nigdzie bo bała się o swoje krzyże. Bez sowa żalu powitała mnie i zapytała czy dotarłem do celu
![]()
![]()
. Odpowiedziałem, że tak i przelazłem przez wodę. Na drodze stał samochód z dwoma paniami z małym dzieckiem w wieku około 5-7 lat. Chciały obejrzeć wodospad. Powiedziałem im co i jak i poszły zobaczyć. Byłem ciekawy, czy przejdą przez wodę
Tak jak przypuszczałem była to dla nich przeszkoda nie do pokonania
Na kolację zdążyliśmy do Polańczyka. Ponieważ chcieliśmy podczas tego pobytu w Bieszczadzie odwiedzić Mrówkę w Łupkowie postanowiłem do niej zadzwonić i sprawdzić, czy aby ona tam jest. Mrówka, czyli Jadwiga Denisiuk odebrała telefon i powiedziała nam, że jest i owszem ale w szpitalu po operacji oczu
. Powiedziała, ze za kilka dni wróci do Łupkowa i wtedy możemy ją odwiedzić. Po kolacji spacer po Polańczyku, oczywiście kawa mrożona dla Renatki i piwko dla mnie.


Odpowiedz z cytatem