Po sesji fotograficznej jedziemy do Leska. Tam już standardowo: księgarnia i Synagoga. Dopiero teraz z tego Forum dowiaduję się, że jest tam jeszcze Herbaciarnia, która warto nawiedzić. Cóż może jeszcze w tym roku się uda…. Później jedziemy w kierunku Zagórza. Po drodze postój na ciach ach w Słodkim Domku. Dalej droga prowadzi nas do Turzańska. Spacer po łąkach. Niezbyt forsowny i daleki. Takie sobie włóczenie się i nic więcej. Dalej Komańcza. Jakieś pierogi na obiad i fotka wodospadu. Celem naszym jest Łupków. Po drodze są Radoszyce. Skręcamy w prawo i pniemy się serpentynami pod górę. Na górze granica, której nikt nie pilnuje. Zjeżdżamy w dół. Są służby graniczne polskie i słowackie. Szczegółowa kontrola dokumentów. Jak za czasów sprzed wejścia naszych państw do Unii. Skręcamy do sklepu. Kupujemy mój ulubiony napój / tu się pochwalę jest to Capa Negra. Zacny trunek / kilka piw i jeszcze cos tam. Wracamy. Wyobraźcie sobie, że byliśmy od posterunku granicznego 100 m. cały czas Karawan był w ich zasięgu wzroku, a odprawę zrobili taką samą jak poprzednio. Jakaś paranoja ich chyba napadła. Dalej już bez zatrzymywania się do jechaliśmy do Szwejkowa. Jest to gospodarstwo agroturystyczne, które prowadzi Krystyna Rados. Swoja pracownię urządziła tam Mrówka, czyli Jadwiga Denisiuk. W tym miejscu ją pozdrawiam i pytam się, kiedy zostanie zrealizowane moje zamówienie? Krystyny nie było, ale Była Jadwiga i jeszcze jakiś sympatyczny rzeźbiarz, którego imienia nie pamięta. Racząc się kawą i czymś jeszcze, co zakupiliśmy na Słowacji rozmawialiśmy o Bieszczadzkich Klimatach. Było naprawdę sympatycznie. W Szejkowie jeszcze czuć prawdziwe Bieszczady. Jak się ściemniło wyjechaliśmy z Łupkowa i wróciliśmy po ciemku do Polańczyka.


Odpowiedz z cytatem